poniedziałek, 10 marca 2014

#41 'Sarah will die'

Poprawiłem spodnie i zeszliśmy na dół. Zatrzymaliśmy się na "pierwszym piętrze" ich piwnicy, ponieważ schody prowadziły jeszcze w dół. Tutaj też nikogo nie było, ale telewizor był włączony.
- Może ich po prostu nie ma w domu... - odezwał się Louis.
- Zamilcz. - warknąłem. 
Obok nas nagle stanęła Thea. Głośno przełknąłem ślinę.
- Witam was w naszych skromnych progach. - uśmiechnęła się. - Co was sprowadza do naszej słonecznej Hiszpanii?
- Nie udawaj głupiej. - warknąłem. - Dobrze wiesz po co tu jesteśmy.
- Słońce, naprawdę nie wiem... - zakręciła się wokół nas. - A ty musisz być Sarah, prawda?
- Nie daj się jej. - szepnąłem mojej dziewczynie na ucho, ta mi pokiwała głową. 
- Tak, jestem Sarah.
- Mam na imię Thea. - podała jej rękę, Sarah niepewnie ją uścisnęła.
- Gadaj, gdzie jest Thomas. - mruknąłem. 
- Nie wiem gdzie jest mój brat.
- Łżesz jak pies. - warknął Harry. - Po co tutaj jesteś, co?
- Oh, Harry, ja tylko chcę was ugościć. - chytrze się uśmiechnęła. Pokój wypełnił się szarym dymem. Oczy zaczęły mi łzawić. Poczułem, że mam nogi jak z waty. Ostatnie co widziałem, to był ktoś z maską białego wilka. Przewróciłem się na podłogę.
To co widział Jay
Obudziłem się w swoim samochodzie. Gdzie jest Sarah?! Wybiegłem z samochodu, ale cały czas kręciło mi się w głowie. Zajrzałem do każdego samochodu. Nigdzie jej nie było. 


od: Nieznany

Widzę, że bardzo się martwisz o swoją Sarah. 
Albo dasz nam Alice, albo Sarah umrze. 
Chcemy, żeby ona była w naszym gangu.
Masz mało czasu, radzilibyśmy ci się spieszyć. 
Magic Criminals/Killers


Kurwa. Kurwa. Kurwa... Killers, to jednego z nich widziałem. Pierdolone maski które noszą.
- Jay? Co się stało? Kiedy my wyszliśmy? - podszedł do mnie zdezorientowany Harry.
- Nie wiem, to nie jest teraz najważniejsze. Chcą zabić Sarah.
- Jak to?
- Chcą zamiast jej, Alice. 
- Co zamierzasz zrobić?
- Muszę zadzwonić do Alexa. Nie mogę pozwolić do rozwalenia gangu. 

- Alex?
- Czego znowu, Bieber?
- Wycofujemy się z tej akcji.
- Zaraz, co ty powiedziałeś? Nie zdajesz sobie sprawy z powagi sytuacji.
- Nie chcę, żeby gang się rozpadł! Nie chcę, żeby cierpieli na tym moi przyjaciele i dziewczyna którą kocham! - Harry zaczął robić jakieś dziwne miny, więc włączyłem głośnik.
- Szczerze ci powiem, że mam w dupie tych twoich przyjaciół, dziewczynę którą kochasz i całe twoje zdanie. Albo zabijesz całe Magic Criminals, albo twoja mała blond dziwka nie żyje. Jesteście tępi, bo zostawiliście ją samą w domu, w kuchni. O, właśnie z niej wyszła i idzie do salonu. Mam nadzieję, że się zrozumieliśmy?
- Tak...

- Co robimy?!
- Harry, nie sraj tak. Musimy zachować spokój. Jedziemy do Londynu, po Alice.
- Ocipiałeś?! Przecież Magic Criminals najpierw zabiją ją, a później nas! 
- Ogarnij się kretynie. Nie oddam tej kretynki nikomu, jasne? Z jej niewyparzonym językiem wpędziłaby nas wszystkich w kłopoty. Po drodze opowiem ci mój plan.
Nie odpowiedział mi, tylko wszedł naburmuszony do samochodu.
- A oni? - wskazał głową na pozostałe samochody. 
- Poradzą sobie, nie mam czasu, by ich budzić. - powiedziałem i odpaliłem samochód. 
- To może mi powiesz coś o tym twoim "planie"? - zapytał gdy tylko wyjechaliśmy z Barcelony.
- Pojedziemy po Alice, wrócimy do Hiszpanii. Oczywiście jej nie oddamy. Podstawimy ją gdzieś, nie wiem, w jakimś ich pokoju. Oni wypuszczą Sarah, a gdy wyjdą po Alice ty i ktoś jeszcze zastrzelicie tego kogoś. Rozumiesz?
- Niezły jesteś. Hm...
- Co?
- A czy to wypali? Są ekspertami iluzji, jeden fałszywy ruch i nie ma nas.
- Wiesz co Harry? Raz się żyje. 
- Dobra, przyśpiesz trochę. 

*Perspektywa Alice*

Miałam dziwne wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Super, Jay zabrał mi kota i nie mam z kim gadać. W telewizji nic nie leci, przejrzałam już chyba cały Internet. Usłyszałam pisk opon przed domem. Podleciałam przed okno. Jay i Harry. Co oni tutaj robią? Mieli jechać do Hiszpanii. Wbiegli zadyszani do salonu.
- Alice, żyjesz. Chodź do samochodu. - Harry pociągnął mnie za rękę, ale się wyrwałam.
- Nigdzie nie jadę.
- Alice, to sprawa życia lub śmierci.
- A dokładnie? 
- Twojego życia i twojej śmierci, Sarah też.
- Co z nią?
- Porwali ją.
- Daliście ją porwać?! 
- Chodź, nie pierdol. - Jay wypchnął mnie z domu.
Wsiadłam do tego cholernego samochodu. 
Gdy minęliśmy Horsham, postanowiłam zapytać:
- Jay...? A co miałeś na myśli, mówiąc, że to dotyczy mojej śmierci...?
- Ehm... Alex, pamiętasz, taki gościu kiedyś u nas był, nie? 
- No pamiętam.
- To on chce cię zabić. A i Magic Criminals chcą ciebie w swoim gangu. Właśnie do nich jedziemy.
- Chcecie mnie oddać?!
- Spokojnie... Nikogo nie oddajemy. Jesteś naszą przynętą.
- Czy ja ci wyglądam na robaka?
- Moja cierpliwość się pomału kończy. - warknął. - Podstawimy cię u nich w domu, uratujemy Sarah, później ciebie, zabijamy ich i jest wszystko w porządku. Na wszelki wypadek będziesz miała broń. I jak będziesz miała potrzebę, to strzelaj.
- Aha, super. 
Droga dłużyła się nam niemiłosiernie. Nareszcie minęliśmy Valencię.
Wysiedliśmy z samochodu. Rozciągnęłam się. Spojrzałam na moje czarne trampki. Idealnie czyste. 
- Gdzie reszta? - ziewnęłam.
- W mieście, napisali mi, że idą na zakupy. - oznajmił Harry.
- Super, to po nich zadzwoń. 
- Nie trzeba. - obejrzałam się za siebie. Szli chłopaki z torbami. 
- Alice, żyjesz. - uśmiechnął się Niall, odwzajemniłam uśmiech. 
- Wszystko jasne? Wy - Jay wskazał palcem na Nialla, Chaza i Liama. - chronicie Alice. Ja, Harry, Zayn i Louis idziemy po Sarah. 
- Ok. - odparłam niepewnie. - To mam iść do środka?
- Tak, do salonu.
Weszłam po schodach i cicho weszłam do tego - chyba - salonu. Rozejrzałam się. Nawet ładnie. 
- Cześć Alice. - obok mnie pojawiła się blondynka. - Jestem Thea.
- Oh, hej. Ty jesteś z Magic Criminals?
- Tak. Cieszymy się, że postanowiłaś do nas dołączyć.
- Tak właściwie to... - nie dokończyłam, bo zobaczyłam Liama za fotelem.
- Co?
- Nic, już nic. 
Uśmiechnęła się do mnie. 
- Chcesz mi coś powiedzieć?
- Oh, wyglądasz uroczo w tej koszulce.
- Dzięki? Brat mi ją dał. Chodź, musisz ich poznać. - pociągnęła mnie za rękę. O kurwa, w co ja się wpakowałam?

*Perspektywa Jaya*


Strasznie się denerwowałem, bo jeszcze nie wypuścili Sarah. Poczułem wibrację w mojej tylnej kieszeni.


- Jay, co robimy?

- Nie wiem, w ogóle to gdzie jest Alice?
- Thea ją zabrała. 
- O kurwa. Musimy iść po nie, bo ich nie wypuszczą. Zobacz, jakie zdradzieckie kurwy.
- Jay, nie zapominaj, że chciałeś ich zabić.
- Dobra, musimy wejść do tej ich piwnicy i zabrać dziewczyny, a przy okazji zabić całą resztę. Jakby coś nie wypaliło, jesteśmy w kontakcie, Chaz. Na razie. 
- No, nara.

- Chłopacy. - zwróciłem się do pozostałej trójki. - Plan nie wypalił.

- Mówiłem. - mruknął Zayn, zmroziłem go wzrokiem.
- Teraz idziemy na chama, bierzemy je siłą i zabijamy każdą inną osobę, jasne?
- Jak słońce.
- I tak ma być. - uśmiechnąłem się.
Zakradliśmy się do tej piwnicy. Zobaczyłem Alice siedzącą na fotelu, nikogo przy niej nie było. Pokazała, że mamy być cicho i wskazała głową w stronę jakiegoś pokoju. 
Boże, ile w tym domu jest luster... Weszliśmy do jakiegoś pokoju. Sarah siedziała na krześle.
- Sarah? Już wszystko dobrze. - przytuliłem ją. - Czemu ona się nie rusza?
- Jest zahipnotyzowana.
- Ale będzie dobrze?
- Nie wiem, nie znam się na tym, ale ktoś musi ją "od hipnotyzować".
Thomas wszedł do pokoju. Prawie dostałem zawału. 
- Witam was. - uśmiechnął się i podszedł do Sarah. Spojrzał jej w oczy i pstryknął palcami.
- Justin! - ucieszyła się na mój widok, szczerze to się jej nie dziwię. 
- Niezły interes z tobą ubiłem, Bieber. Możecie już iść. - powiedział Thomas. 
Zayn wycelował w niego pistoletem. Pociągnął za spust, a ten runął na ziemię. 
- Dobra, jeden z głowy, jeszcze trzech. 
- Musimy wyciągnąć stąd Sarah. Chodźcie na zewnątrz. Może nikt nas nie zauważy. 
Wziąłem Sarah na ręce. Usłyszałem strzał pistoletu. Głośno przełknąłem ślinę. Odwróciłem się. Stała tam Alice. Boże, jaka ulga.
- Co się stało? - zapytał Louis.
- Victor szedł za wami. 
- Ty możesz tak sobie tutaj chodzić?
- Teoretycznie jestem w tym gangu, mam siedzieć przykuta do krzesła? 
- Spryciula. Dobra, kto jeszcze został?
- Thea i James. 
- Gdzie oni są? 
- Thea robi obiad, a James sprząta w swoim garażu.
- Jest łatwiej niż myślałem. Ty załatw Thea'ę, my poradzimy sobie z Jamesem. Jak już skończysz przyjdź do samochodu.
- Zaraz, ja mam zabić człowieka? 
- Przed chwilą zabiłaś i nie miałaś przy tym problemu.
- To było w celu waszej obrony. Thea nic mi nie zrobiła.
- Thea jest chyba najbardziej fałszywą osobą, jaką znam. Wygląda tylko na taką przyjazną. Masz ją zabić, rozumiesz?
- No dobra... - mruknęła i poszła gdzieś. Pewnie do kuchni.



*Perspektywa Alice*


- Thea? - zapytałam wchodząc do kuchni.

- O, Alice. Coś się stało? - zapytała.
- Nie, nic. Co gotujesz? - odwróciła się z powrotem do jedzenia a ja po kryjomu wyciągnęłam nóż.
- Ogólnie chciałam ugotować coś Thomasowi, ale jakoś nie specjalnie mi to... - odwróciła się i w tym momencie dźgnęłam ją nożem, potem ponownie. Z jej ust wydał się tylko krótki krzyk, potem zemdlała. Wyciągnęłam pistolet i postrzeliłam ją. W razie gdyby jednak jeszcze żyła.
Wybiegłam z tego 'domu' i po drugiej stronie ulicy zauważyłam samochód Chaza? Tak to chyba Chaza. Czyli gdzieś jest też Jaya. 
Jest. Podbiegłam do samochodu Biebera i do niego wsiadłam. 
- Załatwione. - powiedziałam.
- Prawidłowo. Kurwa, czujecie, że Killers jest w to wszystko zamieszane? Muszę zadzwonić do Harry'ego. - włączył głośnik.

- Harry, razem z chłopakami macie być tutaj koło mojego samochodu w 5 minut i nie akceptuje spóźnienia. 

- Już idziemy.

Louis zapukał w okno a Jay otworzył drzwi wysiadając.

- Słuchajcie mnie uważnie, Killers pracują z Magic Criminals. Nie wiem jakim cudem, ale tak jest. To Killers nas wsadzili do naszych samochodów. Teraz będziemy mieli większe przejebane u Killers za zabicie ich współpracowników, mam na myśli Magic Criminals, chyba, że to Magic Criminals wynajęli Killers, bo jak tak jest to znaczy, że mamy tak samo przejebane jak przedtem, czyli standard, ale jeżeli tak nie jest,  to mamy przejebane podwójnie u Killers, chociaż i tak to nie jest ich gang, ale mniejsza z tym. Kurwa, z kim Killers nie współpracowało? Tylko z nami chyba. Beatlers, Magic Criminals, oby nie zaczęli współpracy z Black Devil, chociaż Black Devil nie są naszym zmartwieniem, mamy podpisany z nimi rozejm. 
Kurwa mać, dlaczego Killers się na nas tak uwzięli. 
- Może i się na nas uwzięli ale ja to bym wracał już do domu. - ziewnął Liam.
- Nie znasz powagi sytuacji. - warknął Jay i wsiadając do samochodu zaczął coś klnąć. - Jedziesz z Chazem. - powiedział do mnie.
- Wyganiasz mnie ze swojego samochodu? - zapytałam.
- Tak. - syknął.
Wysiadłam i podbiegłam do samochodu Chaza. W końcu do domu.


*Perspektywa Jaya*

Wyłączyłem samochód i spojrzałem na Sarah.

- Co robisz? - zapytała.
- Chciałem z tobą pogadać, chłopacy już odjechali...
- Przejdź do rzeczy. - pokiwała ręką.
- Ogólnie to chciałem cię zapytać czy ty nadal chcesz być w naszym gangu czy chciałabyś zostać oficjalnie tylko i wyłącznie moją dziewczyną. Czy w ogóle chcesz być moją dziewczyną. 
- Gdybym nie chciała być twoją dziewczyną, już by mnie tu nie było. Gdybym nie chciała być w gangu, powiedziałabym ci o tym.
- Chodziło mi bardziej o to, czy nadal chcesz ze mną wytrzymywać, z takim bipolarnym skurwysynem jakim jestem. Nie chciałbym cię zranić, rozumiesz?
- Nie zranisz mnie. Znaczy...
- No własnie i o to mi chodzi.
- Po prostu się zamknij i mnie pocałuj. - przewróciła oczami. Czy to nie pierwszy raz kiedy to ona prosi mnie o to żebym ją pocałował?
Zaśmiałem się gdy ułożyła usta w dzióbek i zamknęła oczy czekając aż ją pocałuję. 
Patrzyłem się na nią. Chciałem zobaczyć jej reakcję. Myślałem, że się obrazi a wyszło na to, że to ona pocałowała mnie.
- Nie chciałeś mnie pocałować więc musiałam przejąć kontrolę. - uśmiechnęła się.
- Kiedy Alice ma urodziny?
- Szesnastego września.
- A który dziś jest?
- Trzeci. Kombinujesz coś?
- Ja? Nie. - ruszyłem samochodem i udaliśmy się do domu.

***

Weszliśmy do domu. Poszedłem z Sarah do naszego pokoju. Przeklnąłem pod nosem gdy potknąłem się o swojego buta.
- JAY! KTOŚ DO CIEBIE PRZYSZEDŁ! - usłyszałem krzyk Nialla.
- Kto? - zapytała Sarah.
- Ryan. Nie znasz go, ale dzisiaj poznasz.
- Justin? A mogłabym iść dzisiaj do Jerry'ego?
- Eh... Jeśli chcesz...
- Dziękuję. - uśmiechnęła się i wyszła z pokoju. 
Zszedłem za nią na dół. Butler siedział na kanapie.
- Siema Butler! Poznałeś resztę?
- Nie, jeszcze nie. 
- To tak, to Harry, Niall, Louis, Zayn, Liam ta blondynka to Alice... A to Chaz. - powiedziałem, gdy ten zszedł na dół.
- Hej. 
- A to Sarah, moja dziewczyna. Sarah, przywitasz się?
- Siema. - powiedziała i wyszła z pokoju.

*Perspektywa Sarah*




Wyszłam z domu. Poszłam w stronę domu Jerry'ego mając nadzieję, że będzie w nim.
Po paru minutach już tam byłam. 
Zadzwoniłam do drzwi. Otworzył mi jakiś chłopak.
- O hej ślicznotko, jestem Jason. - uśmiechnął się wyciągając rękę.
- Ta, cześć, jest Jerry?
- Oh, to ty Sarah jesteś, tak? Miło gościć członka Skrylls w naszym domu.
- Tak wiem, super, a teraz jest Jerry?
- CARTER! - krzyknął ten gość.  
- Czego chcesz Jas... O kto mnie odwiedził. - uśmiechnął się do mnie i wpuścił do domu. - Więc co cię do mnie sprowadza?
- Nic. Po prostu przyszłam. 
- Czyli postanowiłaś tak sobie odwiedzić swojego nadopiekuńczego brata? 
- Tak, jesteś w końcu moim bratem. - uśmiechnęłam się.
- Żałuję, że nie mieliśmy takich dobrych kontaktów jak byliśmy młodsi. - zaśmiał się. - Boże, to brzmi tak banalnie, bratersko - siostrzana rozmowa. Ciekawie. - zaśmiał się ponownie.
- Kocham cię Jerry. - przytuliłam go.
- Co się dzieje Sarah? Nigdy nie przytulasz mnie od tak. - przyznał.
- Głowa mnie trochę boli. - zaśmiałam się wywracając oczami. 
- Powiesz prawdę?
- Nie wydaje mi się. Po prostu przyszłam po radę. Jeżeli jest ktoś kogo kochasz, ale wasza miłość polega na tym, że martwisz się o życie drugiej osoby to ta miłość ma sens? Miłość oparta na stresie i wiecznym zmartwieniu?
- Masz na myśli ciebie i Biebera?
- Możliwe.
- To nie ma sensu. - próbował ukryć śmiech ale mu tak trochę nie wyszło.
- Pytam się poważnie. No właśnie, czemu mi nie powiedziałeś, że twoja dziewczyna jest w ciąży? Alice mi kiedyś tam mówiła. Urodziło się? Jest takie ładne jak ty? Czy może jak twoja dziewczyna?
- Nie ma żadnego dziecka, test był zły, na szczęście.
- Na szczęście? Ja bym chciała mieć dzidziusia. One są kochane.
- Tak, na szczęście. Mam za dużo pracy i stresu na dziecko. - wzruszył ramionami. - A ty nawet nie próbuj robić tam jakiegoś dziecka z Bieberem bo zabije gnoja. 
- Przesadzasz. - machnęłam na niego ręką.
- Jeżeli miłość Biebera do ciebie jest prawdziwa, nie możesz z nim uprawiać seksu, hm... Długo. - zaśmiał się, czemu on się cały czas śmieje. - Chodzi mi o to, że nie chcę żeby było tak, że cię przeleci a potem wyrzuci. Wiesz o co chodzi. A ja twojej przeruchanej dupy bronić nie będę. - wybuchnął śmiechem a ja uderzyłam go w ramię, on przekręcił się twarzą do mnie i zaczął mnie łaskotać. 
- PUŚĆ MNIE! JERRY NIENAWIDZĘ CIĘ! - w tym momencie zadzwonił mój telefon. - Cholera. - puścił mnie a ja odebrałam.

 - Słucham?

- Za ile będziesz w domu?
- O, Harry. Ym, nie wiem?
- Bo chciałbym po ciebie przyjechać za jakieś 10 minut? Tak, 10 minut. Alice, Niall, Liam, Louis i Zayn wyszli z domu. A ja zostałem sam z Chazem, pilnując tych dwóch kretynów, Jay już leży na ziemi ze śmiechu, oczywiście upity a Ryan śmieje się z Jaya, ja tu nie wytrzymuję, Sarah proszę...
- Bądź za te 10 minut. 

Rozłączył się a ja wróciłam wzrokiem na Jerry'ego. 

- Czyżby niecierpliwie zazdrosny chłopak Jay Bieber dzwonił?
- Nie, Harry. Będzie za 10 minut po mnie bo Jay i Ryan się upili.
- Zaraz... Jaki Ryan? Nowy członek waszego gangu?
- Nie, nie naszego, tylko Jaya, albo Alexa, cokolwiek, nie jest nowym członkiem, to jakiś znajomy Justina.
- Justina? 
- Tak, Justina.
- Jakiego Justina?
- Jaya?
- Dlaczego mówisz na niego Justin?
- Bo mi pozwolił. - uśmiechnęłam się z wyższością a on otworzył usta w 'o'. 
- Czyli cię kocha. - przyznał a tym razem to ja się zaśmiałam. - Ogólnie to chciałbym abyś powiedziała Bieberowi, że ma mi tu przyjechać koło 9 jutro, ok?
- O nie. 
- Dlaczego?
- Bo ciebie znam i będzie to coś w stylu. 'Urwę ci jaja.'
- Tak, ale to nie znaczy, że mu je urwę, bo wiesz, trzeba je jeszcze mieć.
- Jesteś okropny, wiesz jakie to dziwne, rozmawiam z tobą, jesteś moim bratem, ale pomimo to toczymy zawziętą walkę.
- Jaką?
- Pomiędzy gangami.
- Zawsze możesz odejść z ich gangu i będzie koniec naszej wielce zawziętej walki. Sarah, zawsze będzie tak, że jak będzie jakaś spina z Skrylls, to ciebie nie będziemy brali pod uwagę, jeżeli już byśmy musieli powybijać Skrylls, wiesz o co chodzi, to i tak zawsze będziesz moją siostrą i nie pozwolę ani Beatlers ani Bieberowi się skrzywdzić.
- Dziękuję Jerry. - ktoś zadzwonił do drzwi. Ten co wcześniej, Jason? Zbiegł i je otworzył.
- Kogo ja tu widzę, czyżby następny członek Skrylls postanowił nas odwiedzić? Raczej bym uważał Styles, jeżeli stawką może być twoje życie. - powiedział Jason, a my z Jerrym udaliśmy się do drzwi.
- Daj spokój Jason, wypierdalaj do góry. Teraz. - powiedział Jerry a mną wstrząsnęło. Nie widziałam go nigdy takiego oschłego? Zimnego? Wrednego? Tak, można to tak nazwać.
- Hej Harry, już idę tylko wrócę się po telefon. - poszłam do miejsca w którym wcześniej rozmawialiśmy i chwyciłam mój telefon. Spojrzałam z stronę drzwi, Jerry i Harry o czymś rozmawiali, albo się kłócili, nie wiem. W sumie, skoro Killers trzymają sztamę z Magic Criminals, którzy już nie żyją, tylko po to, żeby nas zniszczyć, to może by tak połączyć siłę z Beatlers i zniszczyć Killers? W sumie nie, to by było za piękne, nie wypaliłoby, nie możliwe, że zostałyby tylko 2 gangi, który jeszcze ze sobą współpracują. Chociaż Jay mówił o jakimś Black Devil, ale ja uważam, że nawet jeżeli razem z Killers byśmy zaczęli tą współpracę, to na świecie są miliony gangów pragnących szczytu, więc zawsze znalazłby się ktoś kto chciałby nas wybić. To nie ma sensu. Musimy dać jakoś radę. 
- Sarah. - poczułam szturchanie. Zdałam sobie sprawę, że stoję na środku salonu Jerry'ego i patrze się w ziemię. - Żyjesz? - zapytał Jerry.
- Tak, y... Przepraszam, zamyśliłam się. Możemy jechać. - powiedziałam do Harry'ego. Przytuliłam na pożegnanie Jerry'ego i wsiedliśmy z Harrym do samochodu.
A gdyby tak Killers sprowadzić na dno? To by było dla nas niebezpieczne, prawda? 
- O czym ty cały czas myślisz? - zapytał Harry. 
- O Killers.
- Nie męcz się tym.
- Myślałam o tym, żeby tak jakby sprowadzić ich na dno. Za pomocą Beatlers.
- No i jak ty to niby chcesz zrobić? Oni są sto razy lepsi od nas, Sarah.
- Nie było tematu. - machnęłam ręką.
- A teraz słuchaj mnie uważnie. Przyjechałem po ciebie, tylko i wyłącznie dla tego, że Jay po alkoholu zachowuje się, agresywnie? Tak. Tylko ty będziesz potrafiła go uspokoić jakby się coś działo czy coś, więc dlatego jedziesz ze mną do domu.
- Co to za pewność? Wydaje mi się, że nawet ja nie potrafiłabym zatrzymać jego agresji. Kiedyś mnie uderzył, może zrobić to jeszcze raz. 
- Chodzi o to, że on cię kocha, a jak kocha to się uspokoi widząc ciebie. Nadal nie rozumiesz?
- Rozumiem. A Ryan?
- Ryan jest taki sam jak Jay, może Jay jest gorszy ale jak się napiją nie ma przebacz.
- Okej.

Weszliśmy do domu, zgodnie ze słowami Harry'ego, Justin i Ryan leżeli na ziemi i się śmiali.

- Justin? - zapytałam.
- O hej Sarah. - Powiedział Ryan.
- Ta, cześć. - usiadłam na sofie znajdującej się koło nich. - Wstańcie z tej ziemi, to idiotycznie wygląda. - zaśmiałam się a oni wstali. Usiedli obok mnie. 
- Chcesz się napić? - zapytał Ryan.
- Ona nie pije. - wtrącił Justin.
- Bieber. - zmierzyłam go wzrokiem i zabrałam od Ryana drinka. - Dzięki. - uśmiechnęłam się w jego stronę. Justin zacisnął zęby. Kurwa. Harry mówił, że jest agresywny. Mogłam go nie denerwować.
- To co Bieber? Jedziemy następną kolejkę? - zapytał Ryan biorąc alkohol i podając go Justinowi.
- Oczywiście. - powiedział Bieber nalewając to do szklanek. Zabrał mi alkohol.
- Nie będziesz piła z racji na to, że będziesz nosić moje dzieci w sobie.
- Bieber, ja o czymś nie wiem? - zapytał Ryan.
- Ryan człowieku, miałem cię zapoznać bardziej z Alice co nie? HARRY! ZADZWOŃ PO ALICE ŻEBY SIĘ NIE WŁÓCZYŁA I NATYCHMIASTOWO WRÓCIŁA DO DOMU! - krzyknął Justin.
- Okej! - odkrzyknął Harry.
Poszłam do pokoju mojego i Justina. Nie będę im przeszkadzać. Zaczęłam poważnie myśleć o dziecku z Justinem. 
Może obejrzę jakiś album? Jest tutaj ich dużo.
Chwyciłam pierwszy lepszy. W nim były zdjęcia z jego rodziną. Nie były jakieś nowe, ale zawsze coś. Chwyciłam jedno z nich. Był na nim Justin zapewne z Jazmyn. 
Nie wierzę, Justin miał kiedyś grzywkę! Omg, wyglądał słodko. 
Teraz jest taki inny, też słodki ale, bardziej, hm, groźny? Jego siostra też była słodka, no i piękna. Było też kilka zdjęć z jego bratem, Jaxonem. Również uroczy chłopczyk. Widać, że kochał
swoje rodzeństwo, ciekawe czy tęskni za rodziną. Boże jaka ja jestem głupia, oczywiście, że tak. Ja tez tęsknię. To chyba normalne. Chociaż ma ojca, znam go. Jest równym gościem. Przyjaźnił się z moim tatą, kiedyś.



*Perspektywa Alice*


Harry do mnie zadzwonił, że mam natychmiastowo znaleźć się w domu więc szybko poszłam.

Wchodząc do domu, zauważyłam pijanego Jaya z Ryanem, którego wcześniej poznałam. 
- Alice, przyjaciółko, chodź do nas. - powiedział Jay. On coś kombinuje. Nie nazwałby mnie przyjaciółką, nawet po pijanemu.
Podeszłam do nich, ale nie zauważyłam buta Biebera, który leżał obok i się przewróciłam. Zaczęliśmy się w trójkę śmiać. W końcu Butler pomógł mi wstać.
Zauważyłam, że ma fajny tatuaż.
Wstałam otrzepując się.
- Więc, Alice. Napijesz się z nami? - zapytał Ryan.
- A róbcie co chcecie. - machnął ręką Bieber i ruszył w stronę schodów. - Z wyjątkiem dzieci. Ta kanapa jest w tym domu używana przez wszystkich. - wzdrygnął się.
- Nie mów Bieber, że to jest coś czego tutaj nie robiłeś. - pokręcił głową Bieber.
- Przecież się tu dopiero przeprowadziliśmy kretynie. - zaśmiał się Jay i poszedł do góry. - WSZYSTKO PRZED NAMI BUTLER! - krzyknął z góry.
- Więc napijesz się? - zapytał ponownie.
- Nie, nie piję, ale dzięki.
- Ok. Ogólnie to, gdzie mogę spać? - zapytał uśmiechając się.
- No, tutaj. - wskazałam na łóżko. - Chyba, że chcesz spać w pokoju dla gości.
- Cokolwiek. - położył się i zasnął. Zaczęłam się śmiać i również poszłam do swojego pokoju.

*Perspektywa Jaya*


Byłem pijany, ale nie na tyle, żeby nie móc porozmawiać z Sarah.

Usiadłem obok niej.
- Spadaj pijaku. - powiedziała i wróciła do przeszukiwania telefonu. Nie ukrywam, że lekko zdenerwowały mnie jej słowa, kurwa pijak? Przesada.
- Chciałbym z tobą porozmawiać. - syknąłem.
- O czym? - zapytała.
- No wiesz, twój najgorszy dzień życia, najlepszy, najbardziej upokarzający, jak wyobrażasz sobie naszą przyszłość...
- Czekaj, po kolei. 
- No to twój najgorszy dzień życia.
- Impreza szkolna.
- Dlaczego?
- Justin.
- Sarah, chcę żebyś się przede mną otworzyła. Ufasz mi?
- Ufam. 
- Więc opowiedz mi o tym jak to się stało. Z tym Adreas'em Grey'em, tak?
- Ta. Impreza zaczynała się jakoś o 22.00, przyszłyśmy z koleżankami z klasy tak jakoś po 23 bo wcześniej nas nie chcieli wpuścić. Była to typowa, szkolna impreza. Były papierosy, alkohol, narkotyki, wszystko. Policja nie chciała się w to mieszać. Alice też tam była, nie kojarzę jej chłopaka, ale była tam z nim. Był dość wysoki i miał lokowane włosy. Nie wiem. Poszłyśmy z dziewczynami, była tam Suzane, Karole i Greathen. Nie piłam nic, nie byłam jeszcze pełnoletnia a mój brat wtedy był tak strasznie wkurzający, że aż bałam się wypić. One były całkiem pijane. Podszedł wtedy do mnie Andreas. Byłam pewna, że jest trzeźwy. Pociągnął mnie za włosy i zaprowadził do jakiegoś pokoju. - już wtedy byłem na maksa wkurwiony, jak ona będzie opowiadać dalej to wyjdę i zabiję gościa. - Było tam tylko łóżko. - dodała. - Rzucił mnie na nie po czym przywiązał. Był trzeźwy, nie wiem dlaczego to zrobił. Rozebrał mnie i siebie, próbowałam się wyrywać, to nic nie dało. Gdyby nie to, że po tym jak mnie brutalnie bez delikatności zgwałcił, przyszła do pokoju Suzane, to może leżałabym gdzieś pobita, nie wiadomo gdzie. - zamknęła oczy.
- Nie musisz mówić dalej. - zignorowała mnie i mówiła dalej.
- Ubrałam się. On pociągnął mnie za bluzkę i wypchnął Suzane z pokoju ale ta zadzwoniła po policję zanim on zdążył zrobić to jeszcze raz. Policja przyjechała. Wszystko mnie wtedy bolało, dosłownie wszystko, nie ruszałam się przez dwa dni. Dlatego rzuciłam szkołę. Było to dla mnie za duże upokorzenie. Byłam chyba u dziesięciu ginekologów sprawdzając czy nie jestem w ciąży i czy wszystko jest okey. Nie byłam. Nic mi się prawdopodobnie nie stało. Nigdy nie chciałam żeby mój pierwszy raz wyglądał o tak. - Okey. Wkurwiłem się. Przyznaję. Tym bardziej, że byłem po alkoholu. 
- Dziękuję, że się przede mną otworzyłaś. - powiedziałem i ją przytuliłem. - Zaczekasz chwilkę?
- Tak. - wybiegłem z pokoju, wyciągnąłem telefon i wybrałem numer Alexa.

- Załatwiona robota, Bieber?

- Tak. Mam do ciebie biznes.
- Więc?
- Daj mi dwóch twoich najlepszych ludzi, natychmiastowo ich potrzebuję.
- Jutro będą.
- Dzięki.

- Jestem. - uśmiechnąłem się. - A teraz opowiesz mi o swoim najlepszym dniu?

- Zadzwoniłam razem z Alice do pizzerii, mówiąc, że ona mi ukradła piwo, potem zamówiłyśmy pizzę i gość który ją przywiózł się z nas śmiał. Potem jak chciał odejść Alice pijana do niego podeszła i powiedziała mu, że ma od nas piwo i dała mu butelkę pustą i worek śmieci pokazując na kosz znajdujący się przed domem. Gość więcej nie przyjechał.   
- Wyobraziłem to sobie. - zacząłem się śmiać. - A najbardziej upokarzający?
- Jak wbiłyśmy z Alice do klubu i jakaś laska oblała mnie drinkiem, to chyba nie było aż tak upokarzające ale nie miałam styczności z upokarzającymi sytuacjami. Chyba, ze można do tego zaliczyć wyciągnięcie mnie za włosy z sali lekcyjnej przez Louisa. 
- No własnie, na którą jutro musisz być w szkole?
- Nie wiem, nie pamiętam. Pewnie na 9.
- Idealnie.
- Co ty knujesz Bieber?
- Nic, a o której kończysz?
- O 12.
- Ok. Mam cię odebrać? - jej telefon zadzwonił.

*Perspektywa Sarah*


Gdy zadzwonił mój telefon, nie miałam chęci go odbierać.

Tak, myślicie, że nie mam żadnej rodziny, że jedyne co mi pozostało to Jerry. Otóż nie. Mam jeszcze ciotkę, która ma syna w wieku 5 lat. 

- Halo?

- Sarah?
- Tak, ciocia Anne?
- Mam do ciebie prośbę, wyjeżdżamy z wujem na miesiąc i chciałabym żebyś zaopiekowała się Maxem.
- Chciałabym ale już nie mieszkam w Kanadzie. A wy mieszkacie za daleko żeby go o tak przywieźć. Ze Szwecji do Londynu trzeba lecieć samolotem.
- A więc mieszkasz w Londynie?
- Tak. Ogólnie to szybko postanowiłaś zadzwonić, nie odzywałaś się od dobrych 5 lat.

- Może będziemy jutro o 16. Wyślesz mi sms wasz pełny adres? - I co ja mam teraz zrobić? Przecież nie podam jej adresu światowego gangu, którego zna cały świat.
- Może spotkamy się w centrum? Jest taka dobra lodziarnia. Wyślę ci sms jej nazwę.
- Nie ma sprawy.

- Kto to był? - zapytał Justin.

- Moja ciotka. Justin mam prośbę.
- No mów.
- Wypisałbyś mnie ze szkoły?
- Dlaczego?
- Zauważ, że są to same minusy, macie osłabienie w gangu bo mnie tam nie ma. Ja tylko tracę czas na te szkołę, po za tym i tak opuszczam jej większość na akcje, a teraz Max...
- Jaki Max?
- Będę opiekować się moim 5 letnim kuzynem Maxem, przez najbliższy miesiąc.
- Wow, Sarah Carter wytrzymała w szkole aż jeden dzień.
- Justin.
- Dobrze, jutro pójdę i cię wypiszę.
- Kocham cię Justin! - rzuciłam mu się na szyję. 
- Myślę, że powinniśmy iść spać. - powiedział.
- Tak. - przyznałam. - Nie będziesz zły jak będzie tu z nami Max, nie?
- Nie, przynajmniej przyzwyczaisz się do mania dziecka. Po za tym, skąd nagle sobie o tobie przypomniała twoja ciotka?
- Nie mam pojęcia. Nie dzwoniła od 5 lat, musi to być ważny wyjazd skoro tak jej zależy. Dobranoc panie Bieber.
- Dobranoc pani Bieber.

*Perspektywa Jaya*


Gdy Sarah zasnęła ja wyszedłem z łóżka i zadzwoniłem do Cartera.


- Yo Jerry jutro nie będę o 9 tylko przed 8, ok?
- Ok. Dlaczego?
- Muszę o 9 wypisać twoją siostrę ze szkoły. Myślałem, że dłużej tak wytrzyma.
- Moja siostra i szkoła? Dziwne, że jeden dzień tam wytrzymała Bieber.
- Dobra to do jutra. Załatw żeby nikogo z twojego gangu nie było w domu.
- Na rozkaz, sir. 
- Nara.

Spojrzałem na Sarah, która lekko uśmiechała się podczas snu. Postanowiłem zrobić małą niespodziankę Alcie. Byłem, jestem i będę dla niej wrednym chujem no ale raz nie zaszkodzi być miłym.

Przebrałem się w spodnie i bluzkę. Wybiegłem z domu i wsiadłem do samochodu.
Po chwili byłem pod domen Jonathanów.
Zadzwoniłem do drzwi. Otworzyła mi matka tej dziewczynki która chwyciła Tootsie.
- Dzień dobry, bo... Ja zgubiłem kota. Czy może widziała go pani? Taka mała biała kuleczka. - powiedziałem gestykulując rękoma.
- Oh to pana kot? Mamy go oczywiście, był pod naszymi drzwiami. Już go przyprowadzam. - zamknęła na chwilę drzwi i po chwili wróciła z kotem. - Proszę na niego uważać panie Bieber. - powiedziała. Skąd ona zna moje nazwisko? Ah, no tak. Czasami zapominam, że znają mnie i mój gang na całym świecie.
- Dziękuję pani bardzo. Dobranoc. - powiedziałem jej i wróciłem do samochodu razem z Tootsie na rękach. Położyłem ją sobie na kolanach i ruszyłem z podjazdu. Zacząłem się śmiać gdy perfidnie zasnęła mi na Jerrym. 
To jest takie śmieszne, gdy Sarah mówi coś tam i nagle 'Jerry' i ja wtedy nie wiem czy ona mówi o moim penisie czy o swoim bracie. 
Zaparkowałem samochód w garażu. Wziąłem Tootsie na ręce i wyszedłem z samochodu. Trzasnąłem drzwiami i wszedłem do domu.
Wszyscy spali więc poszedłem po cichu do góry, wszedłem do pokoju Alice, też spała. Położyłem Tootsie na jej koszulce i wyszedłem z pokoju zamykając drzwi.

***


Obudził mnie przeraźliwy pisk. Szybko wstałem, Sarah na dole zbiła szklankę. Kurwa, wystraszyłem się.

Podszedłem do niej, ręka jej lekko krwawiła. 
- Nie zbieraj tego szkła. Ja się tym zajmę. - rzuciła mi krótkie spojrzenie i wróciła do góry. Spojrzałem na zegarek. 3 w nocy kurwa.
- Bieber, co wy tu robicie? - do kuchni wszedł Ryan. 
- Nic, szklanka spadła. Spoko, możesz iść spać. - machnąłem ręką i poszedłem do góry, po drodze wszedłem do pokoju Alice i spojrzałem tylko czy czasami Tootsie czegoś nie zepsuła. Otóż nie. Leżała na poduszce obok Alice.
Uśmiechnąłem się do siedzie i wróciłem do naszego pokoju. Sarah chyba spała. Ale nie jestem pewny bo nie oddychała równo. Podszedłem do niej i ukucnąłem obok łóżka patrząc na nią.
- Nie patrz tak na mnie. - powiedziała. Czyli nie śpi.
- Sprawdzałem czy śpisz. 
- Prawie.
- O czym myślisz?
- O jutrzejszym spotkaniu z ciocią. Nie widziałam się z nikim z rodziny od parunastu lat.
- Damy radę.
- Damy?
- Oczywiście idę z tobą.
- Uparty jak zawsze.
- Tak jest. Śpij już. - pocałowałem ją w czoło a ona zasnęła jak dziecko. Usiadłem na fotelu. Zacząłem myśleć o naszej przyszłości. Ołtarz, pani Bieber, dzieci, małe Bieberki latające po domu. Chociaż wolałbym gdyby były za Sarah. Tylko, że bez tatuaży. Nie chciałbym żeby moje dzieci miały tatuaże we wczesnym wieku. Oczywiście kiedyś będą miały tatuaże jak będą chciały, no bo wiecie, mama ma tatuaże, tata ma tatuaże.
Nasz ślub. Moja rodzina, moi i jej przyjaciele, ksiądz, ona w sukni ślubnej, ja w marynarce i jeansach, nie założyłbym garnituru.
Uśmiechnąłem się na myśl o naszej przyszłości. 
Nim się obejrzałem była już 7. Trzeba się zbierać.
Znów przebrałem się, tym razem w chachimommy, Sarah ma podobne, tylko, że ja mam no nie wiem, bardziej męskie? Tak. Założyłem białą koszulkę, czerwoną bluzę i moje białe supry.       
- Yo Kenny. Wejdź do domu. Czuj się jak u siebie. Ja będę za godzinę i tobie zapłacę. - powiedziałem w stronę przyjaciela stojącego obok samochodu.
- Nie oczekuję od ciebie pieniędzy Bieber. - poklepał mnie po plecach i wszedł do naszego 'domu'.
Wsiadłem do samochodu i odjechałem. 
Kurwa, gdzie mieszkał ten kretyn?
Dobra, już pamiętam.
Swędzi mnie wszystko, to ze zdenerwowania. W sumie, nigdy nie rozmawiałem z bratem mojej dziewczyny. To może być lekko trudne ale z racji tego, że go zna, będzie łatwiej. 
Zadzwoniłem do drzwi i odpaliłem papierosa.
- Yo Bieber, wejdź. - przywitał mnie Jerry. Zgasiłem fajkę i rzuciłem gdzieś na bok.
Wszedłem do środka. Usiadłem na sofie a po chwili Jerry wrócił w piwem. 
- Przecież prowadzę. - przewróciłem oczami. Ten się tylko uśmiechnął. - Z czego ty się kurwa śmiejesz?
- Przeszedłeś pierwszy test Bieber.
- To znaczy?
- Byłem pewny, że weźmiesz alkohol, a potem pojedziesz samochodem. Tak się nie stało. Chcę żeby Sarah miała odpowiedzialnego chłopaka. Więc.
- Okey. Więc kazałeś mi przyjechać więc jestem.
- Wstań. - zażądał. 
- Co?
- Wstań.
Wstałem na polecenie.
- Teraz wyciągnij wszystko co masz w kieszeniach. - o co mu do cholery chodzi?
- Ok? - wyciągnąłem klucze od samochodu, portfel, papierosy, iPhona i zza paska pistolet.
- To wszystko? - zapytał.
- Tak.
- Ok. Przeszedłeś, możesz schować to i usiąść.
- Nie rozumiem.
- Sprawdzałem czy masz narkotyki. Sarah nie może palić ani być wśród palących narkotyki. - psychol. 
- Możemy teraz pogadać?
- Kochasz ją? - kurwa co to za nagłe pytania nie na temat? - Pytam się kurwa. - warknął. 



__________________________________________________

MMM HEJ, CO TAM? CZY TYLKO JA MAM FAZĘ TERAZ NA 'MARIA' I 'SLAVE TO THE RHYTHM'? ALBO THE LAZY SONG XD OMGAASH. Dobra, mniejsza o mnie. 

Czujecie, siedzę sobie i tu nagle YEPS okazało się że telefon mi spadł i za chuya nie wiem jak. To było straszne. Hhahaha.
A teraz co do bloga, WIEM, ŻE MNIE KOCHACIE <3
WIĘC MAM PROŚBĘ, MOGŁYBYŚCIE GO GDZIEŚ ZAREKLAMOWAĆ? GDZIEKOLWIEK :) NO I KOMENTUJCIE PYŚKI :(

13 komentarzy:

  1. Kocham to i cb :* kiedy nn

    OdpowiedzUsuń
  2. O jaki długi rozdział*_*

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekam czekam nn :) I super rozdział jak każdy.:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Prosze dodaj nn bo juz nie moge wytrzymać :)Świetny rozdział , zresztą jak każdy/wiczka

    OdpowiedzUsuń
  5. Uwielbiam ich *-* kiedy nn ? :(

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziewczyno dawaj kolejny uwielbiam to czytać :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Super rozdzial żółwiu : ) dajesz nn =D

    OdpowiedzUsuń
  8. o dawaj nn xd

    OdpowiedzUsuń
  9. Kiedy kolejny ?

    OdpowiedzUsuń
  10. Po co ten kod muszę wpisywać ? ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postaram się to usunąć :)

      Usuń
    2. Jej dzięki teraz to wszystkie bede komentować bo tak mnie to irytowalo ;)

      Usuń