- Jesteś kretynem, Jerry.
- Bieber, nie wkurwiaj mnie. Raz przyszła i kurwa prawie płakała, że ją zdradziłeś. Nawet sobie nie wyobrażasz jaką ona miłością cię darzy. - zrobiło mi się ciepło na sercu, poczułem poczucie winy i szczęście. Teraz mogę być pewny. Kocha mnie. Pierwszy raz w życiu ktoś mnie kocha. Oprócz Jazmyn. Poczułem jak łzy mi się zbierają do oczu. Ona. Mnie. Kurwa. Kocha. Jestem tak cholernie szczęśliwy.
- Kurwa Jay, nie płacz mi tu. - wybuchnął śmiechem Jerry ale po sekundzie od razu spoważniał. - Teraz możesz mi odpowiedzieć.
- Tak kurwa kocham ją! - wyrzuciłem ręce w powietrze.
- Nie bulwersuj się. Chciałem pogadać o waszych stosunkach.
- To znaczy?
- No wiesz, seks i te sprawy.
- Ja pierdole Jerry. No właśnie, kurwa mam do ciebie biznes.
- Nie zmieniaj tematu.
- Nie uprawiamy seksu. Teraz mogę?
- Możesz.
- Jesteś czwartym najlepszym gangsterem na całej ziemi.
- Jak czwartym?
- No Alex jest pierwszym, ja jestem drugim, Johny trzecim a ty czwartym.
- Przejdź do rzeczy.
- Jesteś mi potrzebny w załatwieniu Andreasa Greya.
- To nie jest czasami gość z byłej uczelni Sarah?
- Znasz wszystkich jej znajomych?
- Ta.
- Wiesz gdzie była jak odbywała się ta impreza ich szkolna?
- Tak.
- Byłeś tam?
- Nie.
- I tu jest twój problem.
- Dlaczego?
- Zgwałcił ją kretynie.
- Kto?! - automatycznie podniósł się z kanapy i zaczął kręcić się w miejscu pocierając rękoma o twarz.
- ANDREAS GREY, czy ty mnie do kurwy słuchasz?!
- Co masz zamiar zrobić? - zapytał a ja się tylko uśmiechnąłem z wyższością.
- Zabić. Bez litości. - powiedziałem bez wahania. - Słuchaj, spotkamy się jutro, okej? Albo nie, przyjedź do nas dzisiaj, kiedy chcesz, będziemy w domu około 10, a o 16 wychodzimy więc, wiesz.
- Gdzie?
- Będziesz kontrolował każdy nasz ruch? - zaśmiałem się. - Twoja ciotka przywozi nam swojego malucha.
- Co? To niemożliwe. Nasza rodzina nie ma żadnego kontaktu z nami od kilku lat.
- Nie wiem.
- Cholera, Bieber jesteś taki głupi czy udajesz?
- Co?
- To nie jest normalne. Tak o - pstryknął palcami. - nagle dzwoni do Sarah i mówi, że chcę ją prosić o opiekę nad dzieckiem? Masz z nią tam iść, Bieber. - powiedział.
- Pójdę. A teraz właśnie powinienem jechać do domu bo wiesz, wypisanie twojej siostry ze szkoły nie będzie czekało. - pożegnałem się z Jerrym i wyszedłem z jego domu. Udałem się do samochodu i odjechałem.
Po paru minutach jazdy, wreszcie byłem pod domem. Kurwa, ile mi to zajęło? Jest już za piętnaście dziewiąta. Wbiegłem do domu.
Pisk. Kurwa dziś jest jakiś dzień krzyczenia?
Zobaczyłem Alice biegnącą w moją stronę. Rzuciła mi się na szyję.
- BIEBER JESTEŚ KRETYNEM, ALE UWIELBIAM CIĘ ROZUMIESZ? BOŻE, KOCHAM. PRZYWIOZŁEŚ MI MOJĄ TOOTSIE! - zrzuciłem ją z moich ramion.
- I tak cię nie lubię. - przyznałem.
- Ta, ja ciebie też. - wzruszyła ramionami i poszła do góry, pewnie do kota. Zaśmiałem się z naszej rozmowy. Ciekawa, prawda?
Pobiegłem do góry. Sarah siedziała na fotelu czytając jakieś moje stare dokumenty. Przyjrzałem się temu.
'Jay Drew Bieber oskarżony o wtargnięcie do domu starszej kobiety, okradnięcie jej i zabójstwo.'
Następna kartka. Chyba nie zauważyła, że stoję tuż za nią.
'Jay Drew Bieber, Liam Payne, Louis Tomlinson, zamknięci w więzieniu na 3 lata z powodu zabójstwa dwóch znanych osób w Montrealu. Była to biznesmenka razem ze swoim mężem. Zayn Malik, Niall Horan, Harry Styles, oskarżeni o współpracę, grożą im 2 lata więzienia.'
- Zaraz... Dwóch biznesmenów? - zaczęła mruczeć do siebie. KURWA. Ja pierdolę nie miała tego znaleźć.
Odwróciła się do mnie.
- Co czytasz? - zapytałem.
- Przestraszyłeś mnie. - warknęła.
- Przestraszyłeś mnie. - warknęła.
- Spytałem co czytasz.
- Nic.
- Masz mi kurwa odpowiedzieć jak się pytam. - wstała i wyminęła mnie ignorując to co powiedziałem.
Wziąłem kurtkę i zbiegłem na dół za nią. Pociągnąłem ją za ramię i wypchnąłem z domu.
- Co ty robisz? - zapytała.
- Nie wiem czy pamiętasz ale mieliśmy cie tak jakby wypisać ze szkoły. - warknąłem.
- Dlaczego jesteś taki oschły?
- Bo nie lubię jak mnie ktoś unika. Odpowiesz mi kurwa w końcu co czytałaś?
- Gazetę. - wiedziałem że kłamie.
- Dobrze. - odpowiedziałem mimo tego, że mnie okłamała.
Podjechaliśmy pod szkołę. Wyszedłem z samochodu a Sarah zrobiła to samo.
- Rusz się. - syknąłem gdy ciągła się za mną powoli.
- Nie lubię tego miejsca. - przyznała.
- A mnie to nie obchodzi.
Weszliśmy do środka. Tsa, wspomnienia. Nie musiałem szukać sekretariatu szybko odnaleźliśmy go.
- Dzień dobry. - powiedziała Sarah.
- Dzień dobry. - odpowiedziała seksowna ale po trzydziestce, kobieta.
- Chciałbym wypisać Sarah Carter w tej szkoły. - powiedziałem.
- Nie ma takiej możliwości chłopcze! Jest dopiero początek roku! - powiedziała z niedowierzaniem. - Po za tym, bardzo dobrze idzie pani Carter jak na razie.
- Nie może pani tego stwierdzić, jest kurwa 4 września jakim kurwa cudem może pani powiedzieć, że jej dobrze idzie po 2 dniach?
- Bo mogę. Możecie już iść.
- Kurwa nie wyjdę stąd dopóki pani jej nie wypisze.
- Nie mogę.
- Ale za to ja kurwa wszystko mogę. - warknąłem uderzając w ścianę.
- Dobrze. Będzie pan musiał wypisać dokumenty. Rozumiem, że jest pan pełnoletni?
- Czy ja kurwa wyglądam pani na 14 lat?! - krzyknąłem i w tym momencie weszła do sekretariatu jakaś kobieta, równie seksowna, ale młodsza, kurwa, dlaczego ja tu nie chodzę do szkoły?
- Co tu się dzieje? - zapytała.
- Gówno. - powiedziała Sarah a ja mierzyłem laskę wzrokiem. Mmm, Carter jest zazdrosna. Lubię ją taką.
- Proszę się do mnie nie odzywać takim tonem. Czego tu chcecie? - zapytała. Mmm, zna mnie. Wow. Nie. Przepraszam, każdy mnie zna.
- Przecież ona tu kurwa do szkoły chodzi. - uderzyłem ręką w czoło.
- I w związku z tym... - czekała aż jej odpowiem.
- KURWA POWTÓRZĘ TO JESZCZE RAZ, CHCĘ JĄ WYPISAĆ Z TEJ SZKOŁY, CZY WY KURWA MNIE SŁUCHACIE?
- Nie unoś się. Już Ci daję wypis i papiery które będziesz musiał wypisać. - powiedziała.
Podszedłem do niej i przybliżyłem do jej ucha w czasie gdy Sarah odbierała te papiery.
- Nie radzę się kurwa tak do mnie odzywać. - szepnąłem w jej ucho i odszedłem z powrotem do tej z sekretariatu.
Podpisałem parę papierów, uzupełniłem, Sarah też coś musiała robić. Poszliśmy potem do dyrektora i złożyliśmy papiery.
- Więc panno Carter, teraz widzę, że pani ma tylko jeden kierunek.
- Dokładnie tak, do szczęścia, nigdzie więcej. - powiedziała i się uśmiechnęła. Prychnąłem pod nosem i wyciągnąłem ją z tego pomieszczenia. Poszliśmy w stronę samochodu. Cieszyła się jak dziecko. Co wy na to, żeby popsuć jej humor? Nie. To potem. Teraz trzeba jechać do domu.
- Sarah, idziesz? - zapytałem gdy się zatrzymała. Odwróciłem się. Przytulała jakiegoś gościa. Wkurwiony podszedłem do nich.
- Czy ty kurwa... Siema Jerry. - zaciąłem się gdy zobaczyłem, że to jej brat.
- Co chciałeś powiedzieć? - zapytał unosząc brew.
- Już nic. - warknąłem.
- To jak? Dzisiaj o 14? - zapytał.
- Tak, do zobaczenia. Przyjedziesz po mnie? - zrobiła smutną minę.
- Tak, nara maleńka. - odszedł. Pociągnąłem ją za kurtkę i wepchnąłem do samochodu.
*Perspektywa Jerry'ego*
- Powierzam wam kurwa mój cały jebany interes na cały dzień, nie spierdolcie tego, dobrze wam radzę. - powiedziałem do chłopaków i pojechałem do miasta po jakiś prezent dla Sarah.
Chodziłem po różnych sklepach. Ugh, nienawidzę chodzić po sklepach. Wszedłem do jubilera.
- Dzień dobry, w czym mogę panu pomóc? - zapytała blondynka.
- Dzień dobry, miałem zamówiony naszyjnik z napisem "Carters".
- Oh. - zajrzała pod ladę i wyciągnęła podłużne pudełko. Otworzyła to pudełko. - To ten, tak?
- Tak.
- To będzie 400 funtów.
Westchnąłem ciężko. No ale jest warta tych pieniędzy. Podałem jej banknoty, wziąłem banknoty i wyszedłem ze sklepu. W drzwiach powiedziałem:
- Do widzenia!
Zadzwoniłem do Sarah.
- Halo?
- Cześć, będę czekał na ciebie na Birdcage Walk.
- Gdzie to jest?
- Boże... Jakbyś szła od London Eye w kierunku Big Bena. Dobra, będę czekał obok Big Bena, pasuje?
- No, tam chyba trafię.
- To do zobaczenia.
Wsiadłem do auta, odjechałem kawałek, by stanąć obok Big Bena. Wyszedłem z samochodu i oparłem się o jego maskę. Chwilę po tym przyszła Sarah.
- Siema, to gdzie idziemy?
- Zobaczysz.
Wsiedliśmy do auta. Zaparkowałem naprzeciw - podobno - najlepszego salonu fryzjerskiego w Londynie, Saco. Sarah spojrzała się na mnie jak na idiotę.
- Nie podobają ci się moje włosy?
- Są ładne, ale... Każdy potrzebuje jakiejś zmiany. Też coś robię.
Weszliśmy do środka. Wszędzie było ich logo.
- Witamy serdecznie! W czym państwu pomóc? - do środka wpadła jakaś nawiedzona brunetka.
- Ymm... Ja chciałbym przefarbować, a moja siostra...
- Najpierw brąz, potem blond pasemka.
- Brooklyn! Pozwól mi na chwilę!
- MAM NA IMIĘ BRADLEY! - wszedł wkurzony rudy chłopak. Ładny jak na rudego.
- Cześć, możesz usiąść na fotel. - kiwnął głową na siedzenie. Usiadłem. - Więc co robimy?
- Farbuję się na blond.
- Ooo, odważnie. Naomi, możesz już iść. - zmroził tą brunetkę wzrokiem. Ta prawie wybiegła.
- Ona jest normalna? - zapytała Sarah, a on wybuchł śmiechem.
- Ma ADHD.
- To wiele wyjaśnia.
- Jesteście z Londynu?
- Nie, z Kanady.
Bradley odskoczył od lustra.
- Ty jesteś Jerry Carter?!
- Tak? - odparłem.
- O kurwa.
- Nie pierdol, tylko rób to co miałeś robić. - przewróciłem oczami.
- Ok. Tylko... Nie rozumiem, dlaczego osoba z Beatlers pojawia się z osobą ze Skrylls?
- Bo jesteśmy rodzeństwem? Kurwa gościu, zaraz stąd wyjdziemy a wtedy macie zjebaną opinię na całym świecie, więc kurwa rób to co do ciebie należy. - powiedziałem a ten zaczął coś robić z moimi włosami.
Sarah siedziała obok, ją też czesał ją też jakiś facet. Obserwowałem ich.
- Spokojnie Carter, nie zabijaj ich wzrokiem, on do niej nie będzie się dowalał bo jest gejem. - wzdrygnąłem się.
Nawet nie minęło 10 minut, już miałem farbę na głowie.
- Jeszcze postaram się je rozjaśnić, bo masz czarne naturalnie więc powinien teraz wyjść brąz. Potem rozjaśnię i będziesz miał jasny blond, ok?
- Rób co chcesz, byleby było dobrze. - machnąłem ręką i wyciągnąłem telefon. Napisałem do Sarah, to co, że siedziała obok mnie.
Wziąłem kurtkę i zbiegłem na dół za nią. Pociągnąłem ją za ramię i wypchnąłem z domu.
- Co ty robisz? - zapytała.
- Nie wiem czy pamiętasz ale mieliśmy cie tak jakby wypisać ze szkoły. - warknąłem.
- Dlaczego jesteś taki oschły?
- Bo nie lubię jak mnie ktoś unika. Odpowiesz mi kurwa w końcu co czytałaś?
- Gazetę. - wiedziałem że kłamie.
- Dobrze. - odpowiedziałem mimo tego, że mnie okłamała.
Podjechaliśmy pod szkołę. Wyszedłem z samochodu a Sarah zrobiła to samo.
- Rusz się. - syknąłem gdy ciągła się za mną powoli.
- Nie lubię tego miejsca. - przyznała.
- A mnie to nie obchodzi.
Weszliśmy do środka. Tsa, wspomnienia. Nie musiałem szukać sekretariatu szybko odnaleźliśmy go.
- Dzień dobry. - powiedziała Sarah.
- Dzień dobry. - odpowiedziała seksowna ale po trzydziestce, kobieta.
- Chciałbym wypisać Sarah Carter w tej szkoły. - powiedziałem.
- Nie ma takiej możliwości chłopcze! Jest dopiero początek roku! - powiedziała z niedowierzaniem. - Po za tym, bardzo dobrze idzie pani Carter jak na razie.
- Nie może pani tego stwierdzić, jest kurwa 4 września jakim kurwa cudem może pani powiedzieć, że jej dobrze idzie po 2 dniach?
- Bo mogę. Możecie już iść.
- Kurwa nie wyjdę stąd dopóki pani jej nie wypisze.
- Nie mogę.
- Ale za to ja kurwa wszystko mogę. - warknąłem uderzając w ścianę.
- Dobrze. Będzie pan musiał wypisać dokumenty. Rozumiem, że jest pan pełnoletni?
- Czy ja kurwa wyglądam pani na 14 lat?! - krzyknąłem i w tym momencie weszła do sekretariatu jakaś kobieta, równie seksowna, ale młodsza, kurwa, dlaczego ja tu nie chodzę do szkoły?
- Co tu się dzieje? - zapytała.
- Gówno. - powiedziała Sarah a ja mierzyłem laskę wzrokiem. Mmm, Carter jest zazdrosna. Lubię ją taką.
- Proszę się do mnie nie odzywać takim tonem. Czego tu chcecie? - zapytała. Mmm, zna mnie. Wow. Nie. Przepraszam, każdy mnie zna.
- Przecież ona tu kurwa do szkoły chodzi. - uderzyłem ręką w czoło.
- I w związku z tym... - czekała aż jej odpowiem.
- KURWA POWTÓRZĘ TO JESZCZE RAZ, CHCĘ JĄ WYPISAĆ Z TEJ SZKOŁY, CZY WY KURWA MNIE SŁUCHACIE?
- Nie unoś się. Już Ci daję wypis i papiery które będziesz musiał wypisać. - powiedziała.
Podszedłem do niej i przybliżyłem do jej ucha w czasie gdy Sarah odbierała te papiery.
- Nie radzę się kurwa tak do mnie odzywać. - szepnąłem w jej ucho i odszedłem z powrotem do tej z sekretariatu.
Podpisałem parę papierów, uzupełniłem, Sarah też coś musiała robić. Poszliśmy potem do dyrektora i złożyliśmy papiery.
- Więc panno Carter, teraz widzę, że pani ma tylko jeden kierunek.
- Dokładnie tak, do szczęścia, nigdzie więcej. - powiedziała i się uśmiechnęła. Prychnąłem pod nosem i wyciągnąłem ją z tego pomieszczenia. Poszliśmy w stronę samochodu. Cieszyła się jak dziecko. Co wy na to, żeby popsuć jej humor? Nie. To potem. Teraz trzeba jechać do domu.
- Sarah, idziesz? - zapytałem gdy się zatrzymała. Odwróciłem się. Przytulała jakiegoś gościa. Wkurwiony podszedłem do nich.
- Czy ty kurwa... Siema Jerry. - zaciąłem się gdy zobaczyłem, że to jej brat.
- Co chciałeś powiedzieć? - zapytał unosząc brew.
- Już nic. - warknąłem.
- To jak? Dzisiaj o 14? - zapytał.
- Tak, do zobaczenia. Przyjedziesz po mnie? - zrobiła smutną minę.
- Tak, nara maleńka. - odszedł. Pociągnąłem ją za kurtkę i wepchnąłem do samochodu.
*Perspektywa Jerry'ego*
- Powierzam wam kurwa mój cały jebany interes na cały dzień, nie spierdolcie tego, dobrze wam radzę. - powiedziałem do chłopaków i pojechałem do miasta po jakiś prezent dla Sarah.
Chodziłem po różnych sklepach. Ugh, nienawidzę chodzić po sklepach. Wszedłem do jubilera.
- Dzień dobry, w czym mogę panu pomóc? - zapytała blondynka.
- Dzień dobry, miałem zamówiony naszyjnik z napisem "Carters".
- Oh. - zajrzała pod ladę i wyciągnęła podłużne pudełko. Otworzyła to pudełko. - To ten, tak?
- Tak.
- To będzie 400 funtów.
Westchnąłem ciężko. No ale jest warta tych pieniędzy. Podałem jej banknoty, wziąłem banknoty i wyszedłem ze sklepu. W drzwiach powiedziałem:
- Do widzenia!
Zadzwoniłem do Sarah.
- Halo?
- Cześć, będę czekał na ciebie na Birdcage Walk.
- Gdzie to jest?
- Boże... Jakbyś szła od London Eye w kierunku Big Bena. Dobra, będę czekał obok Big Bena, pasuje?
- No, tam chyba trafię.
- To do zobaczenia.
Wsiadłem do auta, odjechałem kawałek, by stanąć obok Big Bena. Wyszedłem z samochodu i oparłem się o jego maskę. Chwilę po tym przyszła Sarah.
- Siema, to gdzie idziemy?
- Zobaczysz.
Wsiedliśmy do auta. Zaparkowałem naprzeciw - podobno - najlepszego salonu fryzjerskiego w Londynie, Saco. Sarah spojrzała się na mnie jak na idiotę.
- Nie podobają ci się moje włosy?
- Są ładne, ale... Każdy potrzebuje jakiejś zmiany. Też coś robię.
Weszliśmy do środka. Wszędzie było ich logo.
- Witamy serdecznie! W czym państwu pomóc? - do środka wpadła jakaś nawiedzona brunetka.
- Ymm... Ja chciałbym przefarbować, a moja siostra...
- Najpierw brąz, potem blond pasemka.
- Brooklyn! Pozwól mi na chwilę!
- MAM NA IMIĘ BRADLEY! - wszedł wkurzony rudy chłopak. Ładny jak na rudego.
- Cześć, możesz usiąść na fotel. - kiwnął głową na siedzenie. Usiadłem. - Więc co robimy?
- Farbuję się na blond.
- Ooo, odważnie. Naomi, możesz już iść. - zmroził tą brunetkę wzrokiem. Ta prawie wybiegła.
- Ona jest normalna? - zapytała Sarah, a on wybuchł śmiechem.
- Ma ADHD.
- To wiele wyjaśnia.
- Jesteście z Londynu?
- Nie, z Kanady.
Bradley odskoczył od lustra.
- Ty jesteś Jerry Carter?!
- Tak? - odparłem.
- O kurwa.
- Nie pierdol, tylko rób to co miałeś robić. - przewróciłem oczami.
- Ok. Tylko... Nie rozumiem, dlaczego osoba z Beatlers pojawia się z osobą ze Skrylls?
- Bo jesteśmy rodzeństwem? Kurwa gościu, zaraz stąd wyjdziemy a wtedy macie zjebaną opinię na całym świecie, więc kurwa rób to co do ciebie należy. - powiedziałem a ten zaczął coś robić z moimi włosami.
Sarah siedziała obok, ją też czesał ją też jakiś facet. Obserwowałem ich.
- Spokojnie Carter, nie zabijaj ich wzrokiem, on do niej nie będzie się dowalał bo jest gejem. - wzdrygnąłem się.
Nawet nie minęło 10 minut, już miałem farbę na głowie.
- Jeszcze postaram się je rozjaśnić, bo masz czarne naturalnie więc powinien teraz wyjść brąz. Potem rozjaśnię i będziesz miał jasny blond, ok?
- Rób co chcesz, byleby było dobrze. - machnąłem ręką i wyciągnąłem telefon. Napisałem do Sarah, to co, że siedziała obok mnie.
Ja: Kurwa, nie patrz tak na niego bo zaraz zwymiotuję, on jest gejem a ty na niego patrzysz jak na jakiegoś anioła.
Sarah: FU! Oszalałeś? Byś mi lepiej powiedział co u Joanne.
Ja: Nie, nie oszalałem. Nie śmiej się do tego telefonu, bo ten gość się na ciebie patrzy jak na idiotkę. Joanne? Już z nią nie jestem odkąd wrobiła mnie w tą ciążę.
Sarah: Nie była ciebie warta, nigdy jej nie lubiłam.
![]() |
| JERRY - BLOND |
- Ej! - poczułem szturchanie. - Robota skończona.
Spojrzałem w lustro, nie wyglądałem źle. Odwróciłem się w stronę siostry. Wyglądała ładnie. Pisnęła ze szczęścia i odwróciła się do mnie zakrywając usta.
![]() |
| SARAH - BRĄZ (BLOND PASEMKA) |
- Boże... Wyglądasz tak zajebiście! - powiedziała.
- Nie klnij dziecko. Też wyglądasz zajebiście - zaśmiałem się.
Podszedłem do tego Bradleya żeby zapłacić
- Nie musicie płacić, taka przysługa.
- To dlatego, że się nas boisz, prawda? - zaśmiałem się i położyłem na blacie 20 funtów.
Wyszliśmy z Sarah, koło nas chwilę szła jakaś blondynka. Sarah na nią patrzyła.
- SARAH IDIOTKO, NIE PRZYWITASZ SIĘ ZE MNĄ? - zapytała. Kto to kurwa?
- Alice co ty robisz z tym kotem w mieście? - zaśmiała się. Kurwa to Alice, nie poznałem jej.
- Widzę, że idziecie w moje ślady. Sarah, ładne włosy. Czy ty się do mnie upodabniasz? - zwróciła się do mnie.
- Nie... Znaczy, nie. Dobra my idziemy, pa lalka. - powiedziałem, a ona uśmiechnęła się i pokiwała nam odchodząc. - Czy ją pojebało? Z kotem po mieście? - zapytałem Sarah.
- Nie. Ma tylko lekką obsesję na temat kotów.
- Ok?
- Nie komentuj, to gdzie teraz?
- Czekaj, skąd ona ma tego kota?
- No ogólnie to nie wiem, ale potem Jay go wywalił z domu, a potem znów go przywiózł po jakimś czasie.
- Ale skąd ten kot?
- CZEMU SIĘ TAK UPARŁEŚ NA TEGO KOTA?
- No bo równie dobrze mógłby to być chomik.
- Jesteś głupi.
- Między innymi. - zaśmiałem się i wsiedliśmy do samochodu.
- O Boże... Jedź do centrum, już 16. Szybko. - powiedziała a ja ruszyłem. Gdzie jej się tak spieszy?
- Ale po co?
- Po Maxa.
- Jakiego Maxa?
- No Maxa.
- Ale jakiego?
- No nie znasz własnego kuzyna?
- My mamy jakąś rodzinę? - no tak. To ona zawsze była jakoś bardziej zżyta z rodziną. Ja zawsze byłem z kolegami. Nie było czasu na rodzinę.
- Jerry, co z naszym domem w Kanadzie?
- Sprzedałem.
- Co?
- Żartuję, stoi sobie, czeka aż wrócimy do normalnego życia.
- Wiesz, że tak nie będzie.
- Zostajesz u mnie na noc?
- To nie jest kazirodztwo?
- Nie o to mi chodzi. - zaśmiałem się.
- No mogę, ale nie będzie przeszkadzać twoim kolegom to, że ja tam będę? No wiesz...
- Nie mają nic do gadania. - machnąłem ręką. Byliśmy w centrum.
*Perspektywa Jaya*
Usłyszałem gdzieś w salonie dźwięk mojego dzwonka.
Alice mi go przyniosła.
- Dzięki. - powiedziałem w jej stronę.
- Luz.
- Czego?
- Miłe powitanie.
- To może powiesz mi czego chcesz?
- Nie wracam na noc. Dobranoc skarbie.
- Alice! - krzyknąłem.
- Hm? - weszła do kuchni.
- Masz co robić?
- Nie.
- To pakuj się do mojego samochodu. - pokazałem na drzwi. Chwyciłem kluczyki.
Wsiedliśmy do mojego samochodu i ruszyliśmy do centrum. Tam miała być Sarah.
Po paru minutach już byliśmy. Sarah akurat wysiadała z jakiegoś samochodu i ruszyła za jakiś budynek.
- Idziesz sprawdzić kto jest w tamtym samochodzie. Jakkolwiek. - rozkazałem, a ta wysiadła z samochodu.
Poszła w kierunku audi A6 i obkrążyła go. Już się zamachnęła, gdy szyba się otworzyła.
- Oh, cześć Jerry... - speszyła się.
- Co ty tu kurwa odpierdalasz?! Chciałaś wybić mi szybę?!
- Ja? Nie. Gdzie poszła Sarah?
- Co to za przesłuchanie? Wracaj do samochodu Jaya i jedźcie do waszego domu.
- Skąd wiesz, że jestem z Jayem?
- Nie wiedziałem, ale się przyznałaś. I kto by ci kazał włamać się do samochodu? No właśnie? To pa. - zamknął szybę.
Jakiś chłopak do niej podszedł. Zajebiście. Wymknąłem się z samochodu, żeby mnie nie zauważyła. Wszedłem do galerii.
Sarah stała na końcu holu, oglądała jakieś bluzki. Podszedłem do niej szybkim krokiem i pociągnąłem ją za rękę.
- Z KIM MNIE ZDR... SORY. - jednak to nie była Sarah.
- Co pan robi? Ma pan problemy z osobowością?
Nie odpowiedziałem, tylko odszedłem kawałek.
Przy Primarku stała Sarah. Dobra, teraz to na pewno Sarah.
- Z kim mnie zdradzasz?! - krzyknąłem.
- Wydrzyj się głośniej, bo cała galeria cię nie słyszała. - przewróciła oczami.
- U kogo nocujesz?
- Moja tajemnica z kim sypiam, spieszy mi się teraz, nara Justin. - odwróciła się na pięcie i prawie podbiegła do jakiejś kobiety z dzieckiem.
Wyszedłem z galerii. Postanowiłem, że zaczekam na nią na zewnątrz. Zapaliłem papierosa. Ta kretynka Alice latała po parkingu i zaglądała do każdego samochodu. Ja pierdole. Udam, że jej nie widzę.
Zauważyła mnie. Kurwa mać.
- HEJ, JAY! - wydarła się i podbiegła do mnie.
- Znamy się? - powiedziałem niskim głosem. Nie przeszło.
- Jay, nie kpij sobie ze mnie. Szukam cię i szukam. Gdzie się szlajałeś?
- Gadałem z Sarah. Wróć do samochodu, bo jeszcze cię rowerzysta przejedzie.
- Ale zabawne. Bardzo. To może daj mi kluczyki?
- Masz. Tylko nie zapodziej ich nigdzie. - rzuciłem jej kluczyk. No i poszła.
Postałem jeszcze chwilę. Sarah wyszła z galerii z jakimś dzieckiem. Miał blond włosy, a jego oczy były koloru zielonego. Pod skórzaną kurtką ubrany był w koszulkę. Rurki na jego nogach były koloru szarego, a buty - jordany - białe.
Sarah udała, że mnie nie widzi i przeszła na drugą stronę jezdni. Pobiegłem za nią.
- Kogo to dzieciak?
- NIE TWÓJ ZASRANY INTERES. Ty mi nie mówisz o wszystkim, więc ja też nie. Nara, nie mam czasu na pogawędki. - warknęła i poszła w długą.
Wróciłem się do samochodu. Opadłem na fotel. Alice siedziała na miejscu pasażera.
- Gdzie masz kluczyki? - zapytałem.
- Tutaj. - podała mi 2 kluczyki i białe długie coś.
- Co to jest? - zmrużyłem oczy.
- Breloczek, tak zwany "lisi ogon". Nie zgubisz kluczy.
- A kiedykolwiek je zgubiłem? To mi się ledwo mieści do kieszeni. Ile to ma centymetrów?
- dwadzieścia.
- Ja pierdole. Odczep mi to.
- To jak pojedziesz bez kluczyków? A poza tym, zacisnęło się, nie dam rady. Przykro mi. - zaśmiała się. - Jedź, na co czekasz?
Odczepiłem to gówno i wyrzuciłem przez okno.
Pojechaliśmy do domu.
- JESTEM! - krzyknąłem.
Z racji iż zostawiłem chłopaków w domu samych to tak trochę bałem się wejść do środka. O dziwo, Ryan coś gotował z Niallem i Liamem a Louis, Zayn, Harry i Chaz grali w piłkę na dworze.
Boże. Przecież to jeszcze dzieci.
- Alice idź powiedzieć Liamowi żeby mi kawę zrobił. Dzięki.
Wyszedłem do chłopaków na nasz ogród.
- O JAY! Grasz z nami? - zapytał Zayn.
- Nie, dzięki. Muszę zadzwonić do Alexa. - machnąłem ręką i odszedłem w dalszą część naszego ogrodu.
- Yo Alex. I co z tymi najlepszymi twoimi ludźmi?
- Nie mogę ci pomóc, weź Cartera i przecież masz swój własny gang, na chuja ci moi ludzie?
- Bo nie lubię mieszać swojego gangu w nie ich sprawy.
Rozłączając się rzuciłem kamieniem w stawek w ogrodzie. Ja pierdolę, dużo jeszcze będę miał problemów?
*Perspektywa Alice*
- Niall! Skończ to gotowanie, wyjdź gdzieś ze mną!
- Gdzieś, to znaczy? Chcesz mnie na randkę zabrać.
- To pytanie czy stwierdzenie?
- Idziemy na koncert?
- No ok, ale kogo?
- Niedaleko będzie koncert Imagine Dragons.
- O Boże, serio?! Kocham ich! Boże, kocham cię! - przytuliłam go. - Dzięki, dzięki, dzięki!
- Nie ma za co. - poklepał mnie po plecach.
- A gdzie i kiedy?
- O 18 na Arenie o2.
- Boże... Nie mam się w co ubrać! A jak mnie zobaczy Dan?!
- Wyglądasz ładnie, nie musisz się przebierać.
- Oh, dziękuję.
- I teraz jest ten moment, kiedy ty też mnie komplementujesz.
- Hm... Twoje oczy dobrze widzą. - zaśmiałam się. - A ile to się idzie?

- 20 minut, ale pojedziemy autobusem.
- Okej, to ja idę się uczesać.
Wyszłam z salonu. I tak się przebiorę.
Otworzyłam szafę w moim pokoju. Wyciągnęłam krótkie spodenki i białą bluzkę. Rozczesałam włosy, wróciłam do Nialla.
- Czemu się przebrałaś?
- Bo tamte mi się nie podobały.
- Dobra, wychodzimy. - pociągnął mnie za rękę.
Poszliśmy na przystanek autobusowy, podjechał ten czerwony autobus.
- Wow, zawsze chciałam się takim przejechać.
- Nie jechałaś nigdy piętrowym autobusem?
- W Kanadzie tego nie ma, przepraszam bardzo.
*Perspektywa Zayna*
Ryan poszedł jakieś 10 minut temu do domu, Jay poszedł go odwieźć. Do drzwi zapukała jakaś dziewczyna.
- Cześć, jest Jay?
- Kto? A, dobra... Nie, nie ma, a co?
- Mogę zaczekać?
- Po co?
- Chcę się z nim spotkać.
- Super, to... - nie zdążyłem dokończyć, bo blondynka przeszła mi obok ręki. - Gdzie ty idziesz?
- Do Jaya.
- Kurwa, mówię, że go nie ma, więc stąd wypierdalaj! - warknąłem, a ona usiadła na kanapie.
- Powiedziałam, że zaczekam.
- Słuchaj, nie wiem kim jesteś, po co tu przylazłaś, więc wyjdź stąd zanim dostaniesz kulkę w łeb.
- Zrobisz mi herbaty? Dzięki. Tylko jedna łyżeczka cukru.
Dobra, muszę zadzwonić do tego idioty.
- Halo?
- Jay, jakaś blondynka przylazła, mówi, że na ciebie czeka. Nie mogę jej wywalić z domu.
- Jaka blondynka?
- No jakaś taka... Widać, że pustak.
- O kurwa. To wyrzuć ją za szmaty z domu czy coś. Muszę kończyć, nara.
Raz się żyje. Podszedłem do niej i pociągnąłem ją za włosy. Ona się nie ruszyła, a w mojej ręce zostały włosy. Cicho pisnąłem. Ona też.
- Co ty zrobiłeś?! Jesteś pojebany? Wychodzę stąd, porozmawiam sobie z Jayem. A, i oddaj mi moje doczepy. - wyszarpnęła mi je z ręki i wyszła.
Było łatwiej niż sądziłem.
*Perspektywa Nialla*
Siedziałem za sceną i czekałem aż Alice raczy wyjść z Meet and Greet.
Po chwili pojawiła się razem z Danem Reynoldsem.
- Niall! Chodź tu!
Podszedłem do nich.
- Siema. - powiedział do mnie Dan. Zrobiliśmy sobie we trójkę zdjęcie.
- Trzymaj. - Alice mu podała swój numer. - Dzięki za zdjęcie i fajny koncert, pa! - wyszliśmy z areny.
- Do końca cię pojebało? - zapytałem.
- Dlaczego?
- Dałaś mu swój numer i myślisz, że do ciebie zadzwoni?
- Obiecał.
- Pewnie już wyrzucił ten numer. - zaśmiałem się. - Idziemy na drinka?
- Spierdalaj, pójdę sama. - odeszła w stronę baru obok. Wróci sama najwyżej.
- Siema Jay. Robisz coś ważnego?
- No, właśnie wracam do domu.
- Przyjechałbyś po mnie?
- Gdzie?
- No pod Arenę o2.
- Dobra, będę za 2 minuty.
Czekałem pod Areną, Jay po chwili się zjawił, oczywiście za takim samochodem każdy kurwa musiał się obrócić. Wsiadłem do środka.
- Gdzie ty byłeś? - zapytał.
- Z Alice na koncercie Imagine Dragons.
- Ok, a gdzie Alice?
- No ten w barze.
- Co jej zrobiłeś.
- Nic a nic, sir.
- Gdzie dokładnie?
- Tam. - wskazałem na bar do którego wchodziła.
Wysiadł ze samochodu.
Pobiegł do tego baru i po chwili wyszedł z Alice przerzuconą przez ramię.
Otworzyłem mu drzwi, ten wrzucił ją na tylne siedzenie.
- Nie będę z nim rozmawiać! - powiedziała do Jaya wskazując na mnie.
- To masz kurwa problem bo ja mam to w dupie. - zakluczył samochód od środka żeby jej się czasami nie chciało wyjść.
- Jesteście wszyscy dla mnie wredni. - powiedziała.
- Bywa. - powiedział Jay i ruszył.
*Perspektywa Sarah*
Byłam w parku z Jerrym i Maxem. Max bawił się w piaskownicy z jakimś chłopcem.
- Max, chodź już, bo zimno się robi! - Jerry go zawołał. Mały przyszedł z oporem.
Podeszła do nas jakaś babcia.
- Oh, ładnie razem wyglądacie. Wygląd po mamie, a charakter pewnie po tacie.
- Coś pani nie wyszło, bo to nasz kuzyn. - zaśmiał się Jerry.
Nie odpowiedziała, tylko gdzieś poszła. Żadnego przepraszam, czy coś. - Co to było? Boże...
- Też nie wiem. - chwyciłam rączkę Maxa. - Idziemy do domu. - odparłam.
- Sarah, co to była za pani? - zapytał Max.
- Nikt Max. Idziemy teraz do domu Jerry'ego, a jutro pójdziemy do mojego domu, okej?
- Dlaczego nie możemy iść od razu do twojego domu?
- Zadajesz dużo pytań Max, idziemy do Jerry'ego bo nas zaprosił.
- To Jerry jest twoim mężem? - Jerry wybuchnął śmiechem.
- Nie... Jest moim bratem a twoim kuzynem.
- To dlaczego u niego nocujesz?
- Jesteś uroczy Max, proszę nie zadawaj tyle niepotrzebnych pytań.
Pojechaliśmy z Jerrym do domu.
Max wbiegł do domu.
- JERRY! - krzyknął chłopczyk.
- Hm? - zapytał Jerry jak weszliśmy.
- Dzwoni telefon. - pokazał na komórkę Jerry'ego.
Jerry zabrał telefon i wyszedł z pokoju.
- Chcesz naleśniki z nutellą? - zapytałam chłopczyka bawiącego się na ziemi. Pokiwał głową a ja wzięłam się za smażenie.
- WYCHODZĘ, SARAH CHŁOPACY SĄ DO GÓRY WIĘC LUZ, NIE BĘDĄ CI PRZESZKADZAĆ, CZUJCIE SIĘ JAK U SIEBIE! - krzyknął z korytarza.
Moje naleśniki akurat skończyły się smażyć, więc zapakowałam je w pudełko które Jerry miał w szafce i razem z Maxem wyszłam.
Zostałabym ale mimo, że Jerry zapewnił mnie, że chłopacy są ok, bałam się tam zostać.
Ruszyłam w stronę naszego domu.
Chciałam zapukać do drzwi ale kurwa, przecież ja tu mieszkam.
Weszłam do środka. Rozejrzałam się. Niall siedział na fotelu w rogu pokoju, a Alice w kuchni. Zayn robił sobie herbatę, Liam zamiatał korytarz, a Harry, Chaz i Louis leżeli na kanapie. Pokłócili się?
- Hej. - przywitałam się z Alice.
- Siema. - mruknęła.
- Coś się stało?
- Tak. Co to za dziecko? - spojrzała się na Maxa.
- Mój kuzyn. Max, przywitaj się.
- Cześć, jestem Max. - podał jej rękę.
- Hej. - uścisnęła ją i uśmiechnęła się. - Jestem Alice.
- Mogę do nich iść? - wskazał na chłopaków.
- Jak chcesz. - wzruszyłam ramionami. Mały wparował do ich pokoju. Najpierw podbiegł do Nialla i potargał mu włosy.
- Co do... - otrząsnął się. - Kim ty jesteś?
- Max Roth. Kuzyn Sarah.
- Oh...
Louis podniósł głowę.
- Kto to?
- Kuzyn Sarah.
- A gdzie sama Sarah?
- W kuchni z Anastasią. - odparł Max.
- Z kim?
- No z taką blondaską.
- Z Alice, a nie z Anastasią.
- Nie ma różnicy. - wzruszył ramionami.
- JAK NIE MA? - zapytała Alice śmiejąc się.
- Zaczynają się na 'a' czyli nie ma.
- Równie dobrze Sarah to by mogła być Samara.
- Tu jest różnica. - odparł.
- Jaka? Zaczynają się na 's'. - droczyła się z nim Alice.
- Ale się różnią.
- Niech ci będzie.
- Przywiozłam naleśniki! - wtrąciłam się. Chłopacy zerwali się z miejsc i pobiegli do kuchni.
- Kretyni. - powiedziałam.
- Też mogę naleśnika? - zapytał mały.
- Pewnie, idź do chłopaków.
- To chodź, usiądziemy. - powiedziała Alice.
- Nie chcesz naleśnika?
- Nie jestem głodna.
- Dobra, to chodź. - usiadłyśmy na kanapie. - Gdzie jest Jay?
- Wyszedł gdzieś z Jerrym.
- Po co z Jerrym?
- Skąd mam wiedzieć?
- Czemu jesteś taka obrażona?
- Nie jestem obrażona.
- Jesteś.
- No dobra, jestem.
- No to dlaczego?
- Otóż najpierw Jay wyrzucił mój breloczek, potem Niall zabrał mnie na koncert IMAGINE DRAGONS, a gdy dałam DANOWI REYNOLDSOWI mój numer, zakpił, że do mnie nie oddzwoni i zostawił mnie pod areną. Zajebisty dzień.
*Perspektywa Alice*
W pewnym momencie mój telefon zawibrował.
Chwyciłam go w ręce.
Odczepiłem to gówno i wyrzuciłem przez okno.
Pojechaliśmy do domu.
- JESTEM! - krzyknąłem.
Z racji iż zostawiłem chłopaków w domu samych to tak trochę bałem się wejść do środka. O dziwo, Ryan coś gotował z Niallem i Liamem a Louis, Zayn, Harry i Chaz grali w piłkę na dworze.
Boże. Przecież to jeszcze dzieci.
- Alice idź powiedzieć Liamowi żeby mi kawę zrobił. Dzięki.
Wyszedłem do chłopaków na nasz ogród.
- O JAY! Grasz z nami? - zapytał Zayn.
- Nie, dzięki. Muszę zadzwonić do Alexa. - machnąłem ręką i odszedłem w dalszą część naszego ogrodu.
- Yo Alex. I co z tymi najlepszymi twoimi ludźmi?
- Nie mogę ci pomóc, weź Cartera i przecież masz swój własny gang, na chuja ci moi ludzie?
- Bo nie lubię mieszać swojego gangu w nie ich sprawy.
Rozłączając się rzuciłem kamieniem w stawek w ogrodzie. Ja pierdolę, dużo jeszcze będę miał problemów?
*Perspektywa Alice*
- Niall! Skończ to gotowanie, wyjdź gdzieś ze mną!
- Gdzieś, to znaczy? Chcesz mnie na randkę zabrać.
- To pytanie czy stwierdzenie?
- Idziemy na koncert?
- No ok, ale kogo?
- Niedaleko będzie koncert Imagine Dragons.
- O Boże, serio?! Kocham ich! Boże, kocham cię! - przytuliłam go. - Dzięki, dzięki, dzięki!
- Nie ma za co. - poklepał mnie po plecach.
- A gdzie i kiedy?
- O 18 na Arenie o2.
- Boże... Nie mam się w co ubrać! A jak mnie zobaczy Dan?!
- Wyglądasz ładnie, nie musisz się przebierać.
- Oh, dziękuję.
- I teraz jest ten moment, kiedy ty też mnie komplementujesz.
- Hm... Twoje oczy dobrze widzą. - zaśmiałam się. - A ile to się idzie?

- 20 minut, ale pojedziemy autobusem.
- Okej, to ja idę się uczesać.
Wyszłam z salonu. I tak się przebiorę.
Otworzyłam szafę w moim pokoju. Wyciągnęłam krótkie spodenki i białą bluzkę. Rozczesałam włosy, wróciłam do Nialla.
- Czemu się przebrałaś?
- Bo tamte mi się nie podobały.
- Dobra, wychodzimy. - pociągnął mnie za rękę.
Poszliśmy na przystanek autobusowy, podjechał ten czerwony autobus.
- Wow, zawsze chciałam się takim przejechać.
- Nie jechałaś nigdy piętrowym autobusem?
- W Kanadzie tego nie ma, przepraszam bardzo.
*Perspektywa Zayna*
Ryan poszedł jakieś 10 minut temu do domu, Jay poszedł go odwieźć. Do drzwi zapukała jakaś dziewczyna.
- Cześć, jest Jay?
- Kto? A, dobra... Nie, nie ma, a co?
- Mogę zaczekać?
- Po co?
- Chcę się z nim spotkać.
- Super, to... - nie zdążyłem dokończyć, bo blondynka przeszła mi obok ręki. - Gdzie ty idziesz?
- Do Jaya.
- Kurwa, mówię, że go nie ma, więc stąd wypierdalaj! - warknąłem, a ona usiadła na kanapie.
- Powiedziałam, że zaczekam.
- Słuchaj, nie wiem kim jesteś, po co tu przylazłaś, więc wyjdź stąd zanim dostaniesz kulkę w łeb.
- Zrobisz mi herbaty? Dzięki. Tylko jedna łyżeczka cukru.
Dobra, muszę zadzwonić do tego idioty.
- Halo?
- Jay, jakaś blondynka przylazła, mówi, że na ciebie czeka. Nie mogę jej wywalić z domu.
- Jaka blondynka?
- No jakaś taka... Widać, że pustak.
- O kurwa. To wyrzuć ją za szmaty z domu czy coś. Muszę kończyć, nara.
Raz się żyje. Podszedłem do niej i pociągnąłem ją za włosy. Ona się nie ruszyła, a w mojej ręce zostały włosy. Cicho pisnąłem. Ona też.
- Co ty zrobiłeś?! Jesteś pojebany? Wychodzę stąd, porozmawiam sobie z Jayem. A, i oddaj mi moje doczepy. - wyszarpnęła mi je z ręki i wyszła.
Było łatwiej niż sądziłem.
*Perspektywa Nialla*
Siedziałem za sceną i czekałem aż Alice raczy wyjść z Meet and Greet.
Po chwili pojawiła się razem z Danem Reynoldsem.
- Niall! Chodź tu!
Podszedłem do nich.
- Siema. - powiedział do mnie Dan. Zrobiliśmy sobie we trójkę zdjęcie.
- Trzymaj. - Alice mu podała swój numer. - Dzięki za zdjęcie i fajny koncert, pa! - wyszliśmy z areny.
- Do końca cię pojebało? - zapytałem.
- Dlaczego?
- Dałaś mu swój numer i myślisz, że do ciebie zadzwoni?
- Obiecał.
- Pewnie już wyrzucił ten numer. - zaśmiałem się. - Idziemy na drinka?
- Spierdalaj, pójdę sama. - odeszła w stronę baru obok. Wróci sama najwyżej.
- Siema Jay. Robisz coś ważnego?
- No, właśnie wracam do domu.
- Przyjechałbyś po mnie?
- Gdzie?
- No pod Arenę o2.
- Dobra, będę za 2 minuty.
Czekałem pod Areną, Jay po chwili się zjawił, oczywiście za takim samochodem każdy kurwa musiał się obrócić. Wsiadłem do środka.
- Gdzie ty byłeś? - zapytał.
- Z Alice na koncercie Imagine Dragons.
- Ok, a gdzie Alice?
- No ten w barze.
- Co jej zrobiłeś.
- Nic a nic, sir.
- Gdzie dokładnie?
- Tam. - wskazałem na bar do którego wchodziła.
Wysiadł ze samochodu.
Pobiegł do tego baru i po chwili wyszedł z Alice przerzuconą przez ramię.
Otworzyłem mu drzwi, ten wrzucił ją na tylne siedzenie.
- Nie będę z nim rozmawiać! - powiedziała do Jaya wskazując na mnie.
- To masz kurwa problem bo ja mam to w dupie. - zakluczył samochód od środka żeby jej się czasami nie chciało wyjść.
- Jesteście wszyscy dla mnie wredni. - powiedziała.
- Bywa. - powiedział Jay i ruszył.
*Perspektywa Sarah*
Byłam w parku z Jerrym i Maxem. Max bawił się w piaskownicy z jakimś chłopcem.
- Max, chodź już, bo zimno się robi! - Jerry go zawołał. Mały przyszedł z oporem.
Podeszła do nas jakaś babcia.
- Oh, ładnie razem wyglądacie. Wygląd po mamie, a charakter pewnie po tacie.
- Coś pani nie wyszło, bo to nasz kuzyn. - zaśmiał się Jerry.
Nie odpowiedziała, tylko gdzieś poszła. Żadnego przepraszam, czy coś. - Co to było? Boże...
- Też nie wiem. - chwyciłam rączkę Maxa. - Idziemy do domu. - odparłam.
- Sarah, co to była za pani? - zapytał Max.
- Nikt Max. Idziemy teraz do domu Jerry'ego, a jutro pójdziemy do mojego domu, okej?
- Dlaczego nie możemy iść od razu do twojego domu?
- Zadajesz dużo pytań Max, idziemy do Jerry'ego bo nas zaprosił.
- To Jerry jest twoim mężem? - Jerry wybuchnął śmiechem.
- Nie... Jest moim bratem a twoim kuzynem.
- To dlaczego u niego nocujesz?
- Jesteś uroczy Max, proszę nie zadawaj tyle niepotrzebnych pytań.
Pojechaliśmy z Jerrym do domu.
Max wbiegł do domu.
- JERRY! - krzyknął chłopczyk.
- Hm? - zapytał Jerry jak weszliśmy.
- Dzwoni telefon. - pokazał na komórkę Jerry'ego.
Jerry zabrał telefon i wyszedł z pokoju.
- Chcesz naleśniki z nutellą? - zapytałam chłopczyka bawiącego się na ziemi. Pokiwał głową a ja wzięłam się za smażenie.
- WYCHODZĘ, SARAH CHŁOPACY SĄ DO GÓRY WIĘC LUZ, NIE BĘDĄ CI PRZESZKADZAĆ, CZUJCIE SIĘ JAK U SIEBIE! - krzyknął z korytarza.
Moje naleśniki akurat skończyły się smażyć, więc zapakowałam je w pudełko które Jerry miał w szafce i razem z Maxem wyszłam.
Zostałabym ale mimo, że Jerry zapewnił mnie, że chłopacy są ok, bałam się tam zostać.
Ruszyłam w stronę naszego domu.
Chciałam zapukać do drzwi ale kurwa, przecież ja tu mieszkam.
Weszłam do środka. Rozejrzałam się. Niall siedział na fotelu w rogu pokoju, a Alice w kuchni. Zayn robił sobie herbatę, Liam zamiatał korytarz, a Harry, Chaz i Louis leżeli na kanapie. Pokłócili się?
- Hej. - przywitałam się z Alice.
- Siema. - mruknęła.
- Coś się stało?
- Tak. Co to za dziecko? - spojrzała się na Maxa.
- Mój kuzyn. Max, przywitaj się.
- Cześć, jestem Max. - podał jej rękę.
- Hej. - uścisnęła ją i uśmiechnęła się. - Jestem Alice.
- Mogę do nich iść? - wskazał na chłopaków.
- Jak chcesz. - wzruszyłam ramionami. Mały wparował do ich pokoju. Najpierw podbiegł do Nialla i potargał mu włosy.
- Co do... - otrząsnął się. - Kim ty jesteś?
- Max Roth. Kuzyn Sarah.
- Oh...
Louis podniósł głowę.
- Kto to?
- Kuzyn Sarah.
- A gdzie sama Sarah?
- W kuchni z Anastasią. - odparł Max.
- Z kim?
- No z taką blondaską.
- Z Alice, a nie z Anastasią.
- Nie ma różnicy. - wzruszył ramionami.
- JAK NIE MA? - zapytała Alice śmiejąc się.
- Zaczynają się na 'a' czyli nie ma.
- Równie dobrze Sarah to by mogła być Samara.
- Tu jest różnica. - odparł.
- Jaka? Zaczynają się na 's'. - droczyła się z nim Alice.
- Ale się różnią.
- Niech ci będzie.
- Przywiozłam naleśniki! - wtrąciłam się. Chłopacy zerwali się z miejsc i pobiegli do kuchni.
- Kretyni. - powiedziałam.
- Też mogę naleśnika? - zapytał mały.
- Pewnie, idź do chłopaków.
- To chodź, usiądziemy. - powiedziała Alice.
- Nie chcesz naleśnika?
- Nie jestem głodna.
- Dobra, to chodź. - usiadłyśmy na kanapie. - Gdzie jest Jay?
- Wyszedł gdzieś z Jerrym.
- Po co z Jerrym?
- Skąd mam wiedzieć?
- Czemu jesteś taka obrażona?
- Nie jestem obrażona.
- Jesteś.
- No dobra, jestem.
- No to dlaczego?
- Otóż najpierw Jay wyrzucił mój breloczek, potem Niall zabrał mnie na koncert IMAGINE DRAGONS, a gdy dałam DANOWI REYNOLDSOWI mój numer, zakpił, że do mnie nie oddzwoni i zostawił mnie pod areną. Zajebisty dzień.
*Perspektywa Alice*
W pewnym momencie mój telefon zawibrował.
Chwyciłam go w ręce.
Od: Nieznany
Hej, spotkaliśmy się na moim koncercie. Dałaś mi numer. Co u ciebie?
- Boże, Sarah! Napisał do mnie!
- Ale kto?
- No Dan!!!
- Pokaż? - dałam jej telefon a ona wybuchnęła śmiechem. Chwyciła swój telefon i zaczęła coś klikać, po chwili pokazała mi swój i mój telefon. Na jej telefonie widniał numer Nialla, a na moim ten numer który do mnie napisał.
TEN SAM NUMER.
Weszłam do kuchni. Ten debil siedział i wpierdalał naleśnika. Podeszłam do niego.
- Niall, jesteś strasznym chujem, wiesz?! Nienawidzę cię! - krzyknęłam i pobiegłam do siebie.
Usłyszałam za sobą tylko pytanie Maxa: "Co to znaczy straszny chuj?", ale nikt mu nie odpowiedział. Poszedł za mną.
- Mogę do ciebie wejść? - usłyszałam cichy głos.
- Pewnie.
Usiadł obok mnie na łóżku.
- Czemu nakrzyczałaś na tego chłopaka?
- Bo sprawił mi przykrość.
- Dlaczego?
- Był dla mnie niemiły.
- Chcesz mu się odpłacić?
- Już cię lubię. Oczywiście, że chcę.
- To patrz. - pokazał na drzwi. - Macie jakąś farbę?
- Tak, bo miałam malowany ten pokój, jest w garażu.
- W takim razie, idź po tą farbę, okej? A ja wszystko przygotuję.
Zbiegłam po schodach na dół. Weszłam do garażu. Był w nim Chaz i Liam. Ciekawe po co pojechał Jay do Jerry'ego.
Nie odezwałam się do nich tylko zabrałam farbę i wróciłam do góry.
- No i co teraz?
- Nie, farba jednak nie będzie potrzebna. - uśmiechnął się.
On jest taki słodki. Czemu go nie poznałam wcześniej?
- To co chcesz zrobić?
- Ogólnie chciałem oblać go farbą, ale to jest strasznie dziecinne, a to ty masz się zemścić a nie ja. Więc...
- Ogólnie mszczenie się jest dziecinne, ale jestem jeszcze dzieckiem więc.
- Masz jakiś tam urok osobisty, nie? Więc idź na dół, udawaj seksowną i ignoruj blondyna. Tak będzie najłatwiej i najkorzystniej. - otworzyłam usta ze zdziwienia, on jest po prostu mistrzem.
Potargałam jego włosy i poszłam na dół.
W tym momencie Jay wszedł do domu. Sarah podeszła do mnie, pożegnała się całusem w policzek i wyszła z Maxem uderzając o ramię Jaya. Max puścił mi oczko i się uśmiechnął. Urocze dziecko.
- Alice? - zapytał Niall, gdy 'sięgałam' jakieś płyty z dolnej półki. Nie muszę udawać seksownej, ja taka już jestem z natury. Tak, moja skromność. Zignorowałam go i 'szukałam' dalej. - Alice? Ogłuchłaś?
Niech sobie gada. Do salonu wszedł Jay.
- Co wy tu robicie? - zapytał.
- Siedzę na twitterze, a ona czegoś szuka.
- Czego szukasz?
- Szczęścia. - mruknęłam.
- Po co Sarah tutaj przyszła?
- Ona tutaj mieszka, to sobie przyszła.
- No ale po co?
- Po gówno. Chciała posiedzieć ze mną, Boże.
- A kogo to dziecko?
- Kurwa, jej kuzyn. Jak ci tak zależy, to do niej zadzwoń, a nie mnie wypytujesz. - chwyciłam jakiś długopis. - O, znalazłam. - powiedziałam i wyszłam z tego pokoju.
*Perspektywa Sarah*
Przyszłam z Maxem do domu Jerry'ego. Nie było go jeszcze. Reszty też o dziwo nie było. Dlaczego nie zakluczyli domu? Dobra, koniec tematu. Ściągnęłam bluzę i buty. Pomogłam Maxowi zdjąć buty. Weszliśmy do salonu. Włączyłam telewizor i rozwaliłam się na kanapie.
- Sarah... Nudzi mi się...
- To co chcesz robić?
- Umiesz tańczyć? - zapytał, gdy kiwnęłam głową na "tak" jego oczy się zaświeciły. - A nauczysz mnie?
- Pewnie. A do jakiej piosenki chcesz tańczyć?
- Hm... Wybierz coś.
- Boże, nie wiem. Może być "What about love"?
- Nie znam, ale jeżeli ją lubisz to musi być super.
- Aww... Masz jakieś dresy?
- Tak, są w torbie. - pokazał ręką. Podeszłam do niej i wyciągnęłam spodnie. Podałam je Maxowi. Przebrał się. Dobrze, że mam na sobie wygodne legginsy.
Sprawdziłam wszystkie kanały telewizyjne. O, akurat leciało na MTV. Młody trochę poskacze, zmęczy się i pójdzie spać.
Byliśmy w pierwszej części układu, Maxowi nadal nie brakowało sił. Mój telefon zadzwonił.
- Musimy pogadać.
- Justin, nie ma o czym.
- Jest. Jesteś teraz sama u Jerry'ego, prawda? Zaraz będę.
Czego od chce?
- No dalej, Max. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem... - pokazywałam wszystko po kolei.
- Jesteś za dobra. Ja tak nie potrafię. - opadł ze zmęczenia na kanapę i zamknął oczy. Chyba zasnął.
W domu rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyłam. Stał w wejściu Bieber.
- Wejdź, ale cicho bo Max śpi.
Wszedł i usiadł w salonie.
- Uroczy chłopak. - stwierdził.
- Wiem.
- Chciałem z tobą pogadać o Andreasie.
- Ten temat jest dla mnie zakończony.
- Już nie będziesz miała z nim problemów, odszedł w niepamięć. - co on ma na myśli? - Jerry powinien być za godzinę, kazał ci przekazać, będę już wychodził.
- Wiem, że ich zabiłeś. - w końcu odważyłam się to powiedzieć. Czytałam akta z więzienia. Justin był oskarżony o zabicie dwóch osób z Montrealu. Małżeństwa. Łączycie wątki?
- Kogo?
- Moich rodziców.
__________________________________________________
Hej! 10 komentarzy pod tamtym postem. WOW. Widzicie? Jak chcecie to potraficie :) I tak ma być :)!
Więc macie długi rozdzialik w nagrodę! :)))
Bang.
#BigLove peace yo!
- To patrz. - pokazał na drzwi. - Macie jakąś farbę?
- Tak, bo miałam malowany ten pokój, jest w garażu.
- W takim razie, idź po tą farbę, okej? A ja wszystko przygotuję.
Zbiegłam po schodach na dół. Weszłam do garażu. Był w nim Chaz i Liam. Ciekawe po co pojechał Jay do Jerry'ego.
Nie odezwałam się do nich tylko zabrałam farbę i wróciłam do góry.
- No i co teraz?
- Nie, farba jednak nie będzie potrzebna. - uśmiechnął się.
On jest taki słodki. Czemu go nie poznałam wcześniej?
- To co chcesz zrobić?
- Ogólnie chciałem oblać go farbą, ale to jest strasznie dziecinne, a to ty masz się zemścić a nie ja. Więc...
- Ogólnie mszczenie się jest dziecinne, ale jestem jeszcze dzieckiem więc.
- Masz jakiś tam urok osobisty, nie? Więc idź na dół, udawaj seksowną i ignoruj blondyna. Tak będzie najłatwiej i najkorzystniej. - otworzyłam usta ze zdziwienia, on jest po prostu mistrzem.
Potargałam jego włosy i poszłam na dół.
W tym momencie Jay wszedł do domu. Sarah podeszła do mnie, pożegnała się całusem w policzek i wyszła z Maxem uderzając o ramię Jaya. Max puścił mi oczko i się uśmiechnął. Urocze dziecko.
- Alice? - zapytał Niall, gdy 'sięgałam' jakieś płyty z dolnej półki. Nie muszę udawać seksownej, ja taka już jestem z natury. Tak, moja skromność. Zignorowałam go i 'szukałam' dalej. - Alice? Ogłuchłaś?
Niech sobie gada. Do salonu wszedł Jay.
- Co wy tu robicie? - zapytał.
- Siedzę na twitterze, a ona czegoś szuka.
- Czego szukasz?
- Szczęścia. - mruknęłam.
- Po co Sarah tutaj przyszła?
- Ona tutaj mieszka, to sobie przyszła.
- No ale po co?
- Po gówno. Chciała posiedzieć ze mną, Boże.
- A kogo to dziecko?
- Kurwa, jej kuzyn. Jak ci tak zależy, to do niej zadzwoń, a nie mnie wypytujesz. - chwyciłam jakiś długopis. - O, znalazłam. - powiedziałam i wyszłam z tego pokoju.
*Perspektywa Sarah*
Przyszłam z Maxem do domu Jerry'ego. Nie było go jeszcze. Reszty też o dziwo nie było. Dlaczego nie zakluczyli domu? Dobra, koniec tematu. Ściągnęłam bluzę i buty. Pomogłam Maxowi zdjąć buty. Weszliśmy do salonu. Włączyłam telewizor i rozwaliłam się na kanapie.
- Sarah... Nudzi mi się...
- To co chcesz robić?
- Umiesz tańczyć? - zapytał, gdy kiwnęłam głową na "tak" jego oczy się zaświeciły. - A nauczysz mnie?
- Pewnie. A do jakiej piosenki chcesz tańczyć?
- Hm... Wybierz coś.
- Boże, nie wiem. Może być "What about love"?
- Nie znam, ale jeżeli ją lubisz to musi być super.
- Aww... Masz jakieś dresy?
- Tak, są w torbie. - pokazał ręką. Podeszłam do niej i wyciągnęłam spodnie. Podałam je Maxowi. Przebrał się. Dobrze, że mam na sobie wygodne legginsy.
Sprawdziłam wszystkie kanały telewizyjne. O, akurat leciało na MTV. Młody trochę poskacze, zmęczy się i pójdzie spać.
Byliśmy w pierwszej części układu, Maxowi nadal nie brakowało sił. Mój telefon zadzwonił.
- Musimy pogadać.
- Justin, nie ma o czym.
- Jest. Jesteś teraz sama u Jerry'ego, prawda? Zaraz będę.
Czego od chce?
- No dalej, Max. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem... - pokazywałam wszystko po kolei.
- Jesteś za dobra. Ja tak nie potrafię. - opadł ze zmęczenia na kanapę i zamknął oczy. Chyba zasnął.
W domu rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyłam. Stał w wejściu Bieber.
- Wejdź, ale cicho bo Max śpi.
Wszedł i usiadł w salonie.
- Uroczy chłopak. - stwierdził.
- Wiem.
- Chciałem z tobą pogadać o Andreasie.
- Ten temat jest dla mnie zakończony.
- Już nie będziesz miała z nim problemów, odszedł w niepamięć. - co on ma na myśli? - Jerry powinien być za godzinę, kazał ci przekazać, będę już wychodził.
- Wiem, że ich zabiłeś. - w końcu odważyłam się to powiedzieć. Czytałam akta z więzienia. Justin był oskarżony o zabicie dwóch osób z Montrealu. Małżeństwa. Łączycie wątki?
- Kogo?
- Moich rodziców.
__________________________________________________
Hej! 10 komentarzy pod tamtym postem. WOW. Widzicie? Jak chcecie to potraficie :) I tak ma być :)!
Więc macie długi rozdzialik w nagrodę! :)))
Bang.
#BigLove peace yo!


zajebisty rozdział
OdpowiedzUsuńO moj Boże . MOICH RODZICÓW. Co się dzieje :O
OdpowiedzUsuńCudny *.*
OdpowiedzUsuńDdzięki ze usunelas kody ;) super rozdział
OdpowiedzUsuńŚwietny jak zawsze :*kiedy nn ? Już nie moge sie doczekac :*
OdpowiedzUsuńOoo ja chcę żeby Sarah miała semptum no proszę cię. :)
OdpowiedzUsuńProszę Cię no daj następny.
OdpowiedzUsuńŚwietny rozdział czekam na nn :P
OdpowiedzUsuńDodasz jeszcze jeden ?
OdpowiedzUsuńŚwietny :D
OdpowiedzUsuńUlubione opowiadanie
OdpowiedzUsuń